— Nie, pójdziemy do rzeki — rzekł lama, zabierając się do odejścia.

— Dam wam mleka... i jadła... — zacinał się chłop, przyglądając się wysokiej postaci osobliwego przybysza — ja... nie... nie chciałbym ściągnąć nieszczęścia na siebie... albo na moje plony... ale w obecnych ciężkich czasach jest tylu żebraków...

— Przypatrz no się — zwrócił się lama do Kima. — Czerwona mgła gniewu przywiodła go do grubiańskich słów. Gdy ta ćma zdarła się z jego oczu, staje się człowiekiem grzecznym i łagodnego serca. Błogosławione niech będą jego pola! Pamiętaj, gospodarzu, nie sądź ludzi zbyt pośpiesznie.

— Spotykałem ludzi świętych, którzy by cię przeklęli od obory aż do ogniska — ozwał się Kim do zawstydzonego chłopa. — Czyż on nie jest człekiem iście świętym? Ja jestem jego uczniem.

Zadarł butnie nosa do góry i z wielką godnością jął kroczyć po wąskich miedzach.

— Nie bywa pychy — rzekł lama po chwili milczenia — nie bywa pychy u tych, co idą Drogą Środkową.

— Przecież sameś powiedział, że był to człek z niskiej kasty i nieokrzesany.

— O niskiej kaście nie mówiłem, bo jakoż może być coś, czego nie ma? Później on żałował swej nieuprzejmości, więc zapomniałem o urazie. Zresztą i on jest, jako my, przywiązany do Koła Wszechrzeczy... tylko że nie kroczy drogą zbawienia.

Zatrzymał się przy małym strumieniu wijącym się przez niwy i wpatrzył się w brzeg podziurawiony kopytami.

— No, a jakże teraz poznasz swą rzekę? — zagadnął Kim, usiadłszy w kucki w cieniu kępki gibkich trzcin cukrowych.