— Hej, dzieci, co to za wielki dom? — ozwał się płynnie narzeczem Urdu.

— Ajaib-Gher, Dom Cudów! — Kim nie obdarzył nieznajomego tytułem w rodzaju Lala lub Mian; nie mógł odgadnąć, jakiego wyznania był ten człowiek.

— Aha! Dom Cudów! Czy można wejść?

— Nad drzwiami napisano... każdemu wolno.

— Bezpłatnie?

— Ja tam bywam raz po raz, a nie jestem przecie bankierem — zaśmiał się Kim.

— Niestety, jestem stary; nie wiedziałem — przesunął palcami po paciorkach różańca i zawrócił ku muzeum.

— Z jakiej jesteście kasty? Gdzie wasz dom? Czy dalekoście chadzali? — zapytał Kim.

— Idę z Kulu... z tamtej strony Kailasu... lecz cóż ty możesz wiedzieć?... od tych gór, gdzie — (tu westchnął) — powietrze i woda są świeże i chłodne.

— Aha! Khtai! (Chińczyk) — rzekł Abdullah wyniośle. Fook Shing wygnał go raz ze sklepu za to, że opluł bożka stojącego nad rzędami obuwia.