— Pahari (góral) — rzekł mały Chota Lal.

— Tak jest, dziecko... góral z gór, jakich nigdy nie obaczysz w życiu. Czy słyszałeś o Bhotiyalu (Tybecie)? Nie jestem Khitai, lecz Bhotiya (Tybetańczykiem) musiałeś słyszeć... jestem lamą, czyli guru (duchowny), jak się mówi po waszemu.

Guru z Tybetu! — rzekł Kim. — Nie widziałem jeszcze takiego człowieka! Więc w Tybecie są Hindusi?

— Jesteśmy z tych, co kroczą Drogą Pośrednią, i żyjemy spokojnie po klasztorach, ja zaś chciałbym przed śmiercią zwiedzić cztery miejsca święte. Teraz wy, którzy jesteście dziećmi, wiecie tyle samo, co ja stary.

Uśmiechnął się życzliwie do chłopców.

— Czy jadłeś co?

Pogmerał w zanadrzu i dobył stamtąd wyszczerbioną, drewnianą miseczkę dziadowską. Chłopcy skinęli głową. Wszyscy znajomi im kapłani chodzili na żebry.

— Jeszcze mi się jeść nie chce — rzekł, odwracając głowę niby stary żółw grzejący się na słońcu. — Czy to prawda, że w Domu Cudów w Lahorze znajduje się wiele obrazów? — ostatnie słowa powtórzył, jakby chcąc sprawdzić adres.

— To prawda — rzekł Abdullah — Pełno tam pogańskich wizerunków. Ty również jesteś bałwochwalcą.

— Nie zważaj na to, co on bajdurzy! — rzekł Kim. — To dom rządowy i nie ma tam żadnego bałwochwalstwa, tylko sahib (Europejczyk) z siwą brodą. Chodź ze mną, to ci pokażę.