— Hej tam, Przyjacielu całego świata! — krzyknął poprzez kłęby gryzącego dymu — któżeś ty?
— Żak tego świątka! — odrzekł Kim.
— On mówi, żeś ty jest but (duch).
— Czyż buty mogą jeść? — ozwał się Kim, mrugając oczami. — Bo mnie się chce jeść.
— To nie żarty! — krzyczał lama. — Pewien astrolog... z miasta... którego nazwa wyszła mi z pamięci...
— Było to nie dalej jak w Umballi, gdzieśmy spędzili noc ostatnią! — szepnął Kim do kapłana.
— Aha, czy to nie była Umballa? Ten astrolog stawiał horoskopy i oznajmił, że mój chela w przeciągu dwóch dni odnajdzie cel swych pragnień. Lecz co on mówił o znaczeniu gwiazd, Przyjacielu całego świata?
Kim odchrząknął i rozejrzał się po patriarchach wioskowych siedzących wokoło.
— Moja gwiazda wróży wojnę! — przemówił z przejęciem.
Kilku obecnych roześmiało się, widząc niepokaźnego obdartusa, stąpającego z dumą po ceglanym murku pod rozłożystym drzewem. Krajowiec w takiej sytuacji leżałby spokojnie, ale w Kimie zawrzała krew białego człowieka i postawiła go na równe nogi.