— A właśnie, że wojnę! — odciął się.

— O to niezawodne proroctwo! — zagrzmiał tubalny głos. — Dyć49 na granicy ciągiem jest wojna... jak mi wiadomo.

Był to stary, sucherlawy człek, który za dni powstania50 był w służbie rządowej jako oficer w świeżo wystawionym pułku jazdy krajowej. Rząd wynagrodził go pięknym kawałkiem gruntu w wiosce, a chociaż nadmierne wymagania synów (obecnie również siwobrodych oficerów) zubożyły go wielce, był jeszcze człowiekiem możnym i wpływowym. Urzędnicy angielscy — nawet wysłannicy parlamentu — zbaczali z głównego gościńca, by go odwiedzić; w takich okolicznościach ubierał się w dawny mundur i stawał wyprostowany jak stempel karabina.

— Ale to będzie wielka wojna... wojna ośmiu tysięcy ludzi! — rozbrzmiał wśród szybko gromadzącej się gawiedzi przeraźliwy głos Kima. który aż jego samego przejął zdumieniem.

— Czerwone kurty (Anglicy), czy nasze własne pułki? — pochwycił starzec, jak gdyby pytał równego sobie. Ton jego zapytania wzbudził w obecnych szacunek dla Kima.

— Czerwone kurtki — palnął Kim na chybił trafił — czerwone kurty i armaty...

— Ależ... ależ astrolog nie mówił o tym ani słowa — krzyknął lama, charcząc dziwnie przez nos w swym podnieceniu.

— Ale ja wiem o tym! Miałem o tym objawienie, ja, który jestem uczniem tego męża świętego. Wybuchnie wojna... wojna ośmiu tysięcy czerwonych kurt. Ściągną ich z Pindi i Peshawur. To rzecz pewna.

— Chłopak nasłuchał się plotek jarmarcznych — ozwał się kapłan.

— Ależ on był wciąż przy mnie — rzekł lama. — Skąd by on to wiedział? Ja nic nie wiedziałem.