— Hm! — rzekł syn głosem wydobytym aż kędyś ze samego dna rozrosłej piersi. — Pewno usłyszał jakąś plotkę na rynku i chce z niej skorzystać.

Ojciec zaśmiał się.

— W każdym razie nie przyjechał do mnie, by wycyganić nowego konia i bogi wiedzą, ile rupij. Czy pułki, w których służą twoi bracia, otrzymały też rozkazy?

— Nie wiem. Wziąłem urlop w te pędy i pojechałem do ciebie na wypadek...

— Na wypadek, gdyby tamci ubiegli cię w tej prośbie. Ach, wy kostery i rozrzutniki! Ale tyś jeszcze nigdy nie brał udziału w szarży kawaleryjskiej. Tam potrzeba dobrego konia, a juści! A w marszu też się przyda dobry foryś wraz z dobrym kucem. Zobaczymy... zobaczymy.

Brzęknął w rękojeść pałasza.

— Tu nie miejsce na obrachunki, mój ojcze. Jedźmy do domu.

— To przynajmniej zapłać temu smykowi; nie mam ni paisa przy duszy, a on przyniósł mi nader ważne wieści. Hej! Przyjacielu całego świata, jakaś wojna się kroi! Dobrześ przepowiedział.

— Nie, ta właśnie wojna, o której mi wiadomo! — odrzekł Kim z zimną krwią.

— Hę? — ozwał się lama, przebierając palcami po paciorkach i rwąc się całą duszą do drogi.