— Rozkazu? Ja miałabym rozkazywać człowiekowi świętemu... nauczycielowi prawa... ażeby przyszedł i rozmawiał z kobietą?... Nigdy!

— Wybacz mej głupocie. Myślałem, że był to rozkaz...

— Nie... to była prośba... Czyż to nie wyjaśnia wszystkiego?

Srebrny pieniądz zadzwonił o krawędź wozu. Kim podniósł go i złożył głęboki salaam (pokłon wschodni). Stara jejmość poznała, że należało go sobie zjednać, jako tego, co był wzrokiem i słuchem lamy.

— Jestem tylko sługą świętego. Gdy on już się posili, może przyjdzie.

— O ty łajdaku i bezczelny francie! — Palec ozdobiony klejnotami pogroził karcąco w jego stronę; ale chłopak dosłyszał chichot starej damy.

— No, o cóż chodzi? — ozwał się, przechodząc w ton najbardziej uprzejmy i poufały, któremu, jak wiedział, mało kto mógł się oprzeć. — Czy... czy w rodzinie nie potrzeba syna... Mów śmiało, bo my kapłani... — Ostatnie zdanie było dosłownie ściągnięte z ust fakirów koło bramy taksalskiej.

— My kapłani! Jeszcześ nie dorósł do tego, żeby... — przerwała dowcip nowym wybuchem śmiechu. — Wierz mi, o kapłanie, że my, kobiety, niekiedy myślimy o czym innym niż o synach. Zresztą, moja córka już wydała na świat męskiego potomka.

— Dwie strzały w sajdaku lepsze od jednej, a trzy jeszcze lepsze! — Kim przytoczył to przysłowie, kaszląc znacząco i patrząc dyskretnie w ziemię.

— Juści, prawda!... prawda! Ale może i do tego dojdzie. Pewno, że ci bramini z nizin są zgoła psa warci. Posyłałam im dary i pieniądze i znów dary, a oni prorokowali...