Przerzucił większą część kołdry na Kima.

— A cóż ona mówiła? — pytał Kim, otulając się swoją częścią kołdry.

— Zadawała mi wiele pytań i prosiła o rozwiązanie wielu zagadnień... były to przeważnie bzdurne bajania, jakich się nasłuchała od zaprzedanych czartu kapłanów, co to udają, iż kroczą Drogą wybawienia. Na niektóre odpowiedziałem, a niektóre określiłem jako niedorzeczne. Wielu ludzi nosi szaty kapłańskie, lecz niewielu trzyma się Drogi.

— Prawda! Tak, to prawda! — Kim użył roztropnego tonu pojednawczego, jakiego używają ci, którzy chcą z kogoś wydobyć zwierzenia.

— Ale w swoich poglądach jest bardzo rozsądna. Bardzo pragnie, żebyśmy z nią udali się do Buddh Gaya, ponieważ, ile zrozumiałem, przez wiele dni wypada nam ta sama droga na południe.

— I...?

— Chwilę cierpliwości. Odpowiedziałem jej na to, że nade wszystko są ważniejsze moje poszukiwania. Ona słyszała wiele niedorzecznych legend, ale o wielkiej prawdzie, o istnieniu mej rzeki, nigdy jej wieść nie doszła. Tacy to są duchowni na Niższym Pogórzu! Znała przeora z Lung-Cho, ale nie dowiedziała się o mojej rzece ani też nie znała podania o Strzale.

— I cóż...?

— Mówiłem więc o poszukiwaniu i Drodze, i o innych rzeczach zbawiennych, ona zaś tylko pragnie, ażebym jej towarzyszył i modlił się o przyjście na świat drugiego syna.

— Aha! My kobiety nie myślimy o niczym, jak tylko o dzieciach... — wygłosił Kim sennie.