— Na razie, ponieważ drogi nasze przez czas jakiś idą razem, sądzę, że nie odstąpimy od naszych poszukiwań, jeżelibyśmy jej nawet towarzyszyli... przynajmniej do... zapomniałem nazwy tego miasta.
— Hej! — ozwał się Kim donośnym szeptem, zwracając się do jednego z Oriasów leżącego o parę sążni73 opodal. — Gdzie znajduje się dom waszego dziedzica?
— Kawałek za Saharunpore, pośród sadów — i wymienił nazwę wioski.
— Oto to! Ta właśnie miejscowość! — przytaknął lama. — Otóż w każdym razie do tego miejsca możemy jej towarzyszyć.
— Muchy lecą do ścierwa! — ozwał się Orias roztargnionym głosem.
— Dla chorej krowy wrona, bramin dla chorego człeka! — wypalił Kim znanym przysłowiem w pomrocz konarów drzewnych nad głową, nie stosując go zresztą osobiście do nikogo.
Orias chrząknął i umilkł.
— Czyż więc pójdziemy z nią, o święty?
— Czyż jest taki powód, który by przemawiał przeciwko temu? Mogę wciąż iść obok niej i badać wszystkie rzeki, które przecina droga. Ona pragnie, bym tam zaszedł. Ona bardzo tego pragnie...
Kim przydusił śmiech kołdrą. Skoro już raz ta harda, stara kobieta wyzbyła się nawet wrodzonej nieśmiałości wobec lamy, uważał za rzecz możliwą, że była godna przysłuchiwać się jego słowom.