Równina upstrzyła się namiotami, które w wielkiej rozsypce zdawały się wszędy wyrastać z wozów. Jedna gromada ludzi wtargnęła do zagajnika, rozbiła tam ogromny namiot, obok niego wzniosła jeszcze osiem czy dziewięć innych, wydobywała sagany, patelnie i tłumoki, którymi natychmiast zajęła się czereda sługusów-krajowców... I oto w oczach dwóch widzów cały gaik mangowy zamienił się w niepodległe miasteczko!
— Chodźmy! — ozwał się lama, słaniając się z przerażenia, gdy zamigotały ognie, a biali oficerowie pobrzękując pałaszami udali się do namiotu stołowego.
— Schowaj się w cieniu. Nikt nie dostrzeże ciebie spoza światła ognisk — rzekł Kim, wciąż wpatrując się w chorągiewkę. Nigdy wpierw nie miał możności stwierdzić na własne oczy, z jaką to wprawą wyćwiczony pułk rozbija obóz w przeciągu trzydziestu minut.
— Patrz! Patrz! Patrz! — zakwokał lama. — Tam oto idzie kapłan!
Jakoż szedł, kulejąc, Bennett, anglikański kapelan pułkowy, przyodziany w zakurzoną czarną kapotę. Któraś z jego owieczek pozwoliła sobie była na szorstkie uwagi o gorliwości kapłańskiej, więc Bennett, by zawstydzić pyskacza, maszerował przez cały dzień krok za krokiem wraz z żołnierzami. Czarna suknia, złoty krzyż na łańcuszku od zegarka, wygolona twarz i miękki, czarny kapelusz iz szeroką krezą wyróżniłyby go na całym obszarze Indii jako osobę duchowną. Osunął się w krzesło polowe koło cnamiotu stołowego i zdjął buty. Otoczyło go kilku oficerów, śmiejąc się i żartując z jego rycerskiego czynu.
— Rozmowa białych ludzi jest zgoła pozbawiona godnościl — rzekł lama, który sądził jedynie z tonu. — Ale przyjrzałem się twarzy tego księdza i mniemam, że to człek uczony. Chyba on zrozumie naszą gwarę? Pomówię z nim omych poszukiwaniach.
— Nie rozmawiaj nigdy z człowiekiem białym, póki i się nie naje! — ozwał się Kim, przytaczając pospolite przysłowie. — Oni teraz zasiędą do jedzenia, a., nic zdaj mi się, by łatwo było coś u nich wyżebrać! Wracajmy na miejsce postoju. Gdy się posilimy, przyjdziemy tu znowu. To z pewnością był Ryży Byk... mój Byk Czerwony!
Obaj byli zastanawiająco roztargnieni, gdy czeladź starej jejmości zastawiała przed nimi wieczerzę, przeto nikt nie przeszkadzał ich skrytym myślom, boć niedobrze to naprzykrzać się gościom.
— A teraz — rzekł Kim dłubiąc w zębach — powrócimy na to miejsce; ale ty, o święty, musisz krzynkę przyI zostać z tyłu, ponieważ twoje nogi są badziej ociężałe od moich, a mnie pali niecierpliwość, by się dowiedzieć czegoś więcej o tym Ryżym Byku.
— Ale jak ty zrozumiesz tę ich mowę? Idź powoli. Droga tak ciemna — odparł lama niechętnie.