— Proszę mi to oddać! O, proszę oddać! Czy się nie zgubiło? Proszę oddać mi papiery.
Słowa te wypowiedziane były po angielsku — szczebiotliwą, wypiłowaną angielszczyzną jaką spotyka się u krajowców. Kapelan odskoczył.
— Szkaplerz — rzekł, otwierając dłoń. — Nie, jakieś gusła pogańskie. Co... co? Ty mówisz po angielsku? Chłopcy dostają w skórę za kradzież... czy wiesz o tym?
— Ja nie... ja nie kradłem... — Kim wił się kurczowo jak jamnik na widok podniesionego kija. — O, proszę mi to oddać. To mój przedmiot czarnoksięski. Nie kradnij mi pan tego.
Kapelan nie zważał na to bynajmniej, ale podszedłszy ku drzwiom namiotu zawołał na kogoś głośno. Zjawił się człek dobrej tuszy, starannie wygolony.
— Chciałbym się ciebie poradzić, ojcze Wiktorze — rzekł Bennett. — Zdybałem tego basałyka w ciemności koło namiotu oficerskiego. W powszednim wypadku przetrzepałbym mu skórę i wygnał na cztery wiatry, bo uważam go za złodziejaszka. Ale on, zdaje się, włada angielszczyzną i przywiązuje wielką wagę do jakowychś uroków, które nosił na szyi. Sądzę, że może będziesz łaskaw mi w tym dopomóc.
W przekonaniu Bennetta pomiędzy nim a rzymskokatolickim kapelanem wojska irlandzkiego leżała nieprzebyta przepaść; atoli, rzecz znamienna, ilekroć kościół anglikański miał do czynienia z zagadnieniem ziemskim, odwoływał się niechybnie do pomocy kościoła rzymskiego. Urzędową niechęć Bennetta do katolicyzmu i jego obrządków równoważył jedynie osobisty szacunek dla ojca Wiktora.
— Więc to złodziej mówiący po angielsku? Obejrzymy te jego czarnoksięstwa. Nie, to nie jest szkaplerz Bennecie — i wyciągnął rękę.
— Ale czy wolno nam to otworzyć? Tęga chłosta...
— Ja nie kradłem — zaprzeczył Kim. — Pan ponabijał mi guzy na całym ciele. Proszę mi oddać mój przedmiot czarodziejski, a pójdę sobie precz.