— Nie tak prędko; najpierw zbadamy ten przedmiot — ozwał się ojciec Wiktor, spokojnie rozwijając pergaminowy ne varietur śp. Kimbala O’Hary, jego zwolnienie czynnej służby i metrykę chrztu Kima. Na metryce O’Hara, mając niejasną świadomość, że czyni Bóg wie co dla swego syna, nagryzmolił wielokrotnie; Dbajcie o chłopca. Proszę, dbajcie o chłopca... i podpisał się w całej rozciągłości swym nazwiskiem i cyfrą pułku.

— Precz, moce ciemności! — ozwał się ojciec Wiktor, podając wszystko imć Bennettowi. — Czy pan wiesz, co to takiego?

— Tak — rzekł Kim. — To wszystko moje, a chcę już odejść.

— Zgoła nic nie rozumiem — rzekł imć Bennett. — On to pewno przyniósł umyślnie. Może to jakiś żebracki fortel.

— Nie widziałem zatem nigdy żebraka, który by mniej pragnął pozostać w towarzystwie swych bliźnich. Tu coś zakrawa na jakąś wesołą mistyfikację. Czy pan wierzysz w Opatrzność, Bennecie?

— No chyba!

— Dobrze, a ja wierzę w cuda, co wychodzi na jedno i to samo. Moce piekielne! Kimball O’Hara! I jego syn!... Ale przecie ten chłopak to krajowiec, a ja sam na własne oczy widziałem, jak Kim żenił się z Annie Shott! Od jak dawna masz, chłopcze, te szpargały?

— Jeszcze od czasu, gdym był małym pędrakiem.

Ojciec Wiktor postąpił prędko parę kroków w przód i rozpiął Kimowi ubranie na piersiach.

— Widzisz pan, Bennecie, on nie bardzo jest smagły. Jak ci na imię?