„Nie zawdzięczasz mi nic oprócz kilku rad, których nigdy nie słuchałeś” — odpowiedział ojciec.

„...przeto nie mogę wyrządzać krzywdy nikomu z waszej rodziny — ciągnął dalej Maximus. — Ba, możesz nawet być wybornym trybunem wojskowym, ale o ile wolno mi coś o tym powiedzieć, to życie całe upłynie ci koło Wału i tu umrzesz...”

„Możliwe — ozwał się mój ojciec. — Ale niezadługo mogą tu wtargnąć Piktowie oraz ich sprzymierzeńcy. Nie można przeto zabierać wszystkich wojsk z Brytanii, by zdobywać dla ciebie władzę cesarską. Wszak niepodobna liczyć na to, że na północy będzie wiecznie trwał spokój”.

„Idę tam, gdzie mnie los woła” — odparł Maximus.

„Owszem, idź za nim — burknął ojciec wyrywając rosnącą obok paproć. — Idź i giń, jak zginął Teodozjusz!”

„Ach! — westchnął Maximus. — Mój stary wódz zginął za to, iż zbyt wiernie służył cesarstwu. I ja może zginę... ale nie z tego powodu...” I okrasił usta dziwnym jakimś, smętnym uśmiechem, od którego krew mi się ścięła w żyłach.

„Wobec tego i ja pójdę tam, gdzie mnie los powołuje — odezwałem się. — Biorę mych ludzi i ruszam pełnić straż koło Wału”.

On patrzył na mnie długo, pochylając na bok głowę, jak to mają we zwyczaju Hiszpanie, a w końcu rzekł: „Idź, mój chłopcze!” Na tym skończyła się nasza rozmowa. Zbyt radowałem się odmarszem, bym mógł pamiętać o licznych zleceniach, jakie miałem dać mym domownikom. Ludzi swoich znalazłem tam, gdzie ich pozostawiłem; pomimo kurzu i skwaru nie ruszyli się nawet na krok z miejsca. Zaczęliśmy kroczyć naprzód, ale ów straszliwy uśmiech ciągnął, niby wschodni wiatr, w ślad za mną. Nie zatrzymaliśmy się aż do zachodu słońca... a wtedy urządziliśmy postój... o tam! — To mówiąc odwrócił się w stronę Pukowej Górki i wskazał na zarosły jeżynami grzbiet Kuźniczej Grapy, poza chatą starego Hobdena.

— Co? Tam? Przecież tam jest tylko stara kuźnia... gdzie kiedyś kuto żelazo! — zawołał Dan.

— I dobre to było żelazo! — rzekł Parnezjusz spokojnie. — Tu dałem do naprawy trzy płaty naramienne oraz kazałem znitować grot włóczni. Kuźnię dzierżawił od rządu jednooki kowal z Kartaginy138, którego (jak sobie przypominam) nazywaliśmy Cyklopem139. Kupiłem odeń błam skór bobrowych które podarowałem potem siostrze, by sobie nimi wysłała podłogę w swej świetlicy.