— Ależ to chyba nie mogło być tutaj! — upierał się Dan.

— Właśnie, że było! Od ołtarza Zwycięstwa w Anderidzie aż do pierwszej kuźni w tym lesie jest dwanaście mil i siedemset kroków. Wszystko to zawiera się w mej marszrucie. Nie tak to łatwo zapomnieć pierwszą wyprawę wojenną. Mógłbym wyliczyć wam wszystkie miejsca postoju między tą miejscowością i...

Pochylił się naprzód, a oczy jego zatrzymały się na zachodzącym słońcu, które zniżyło się już do szczytu wzgórza Cherry Clack i przesączało swe blaski pomiędzy pniami drzew. Wnętrze Dalekiego Boru było przetkane czerwienią, złotem i czernią, a zbroja Parnezjusza jarzyła się jak gdyby ogarnięta płomieniem.

— Zaczekajcie chwilę! — zawołał podnosząc rękę, a blaski słoneczne zaiskrzyły się na jego szklanej bransolecie. — Zaczekajcie! Odprawię modły do Mitry140!

Powstał i wyciągnął ręce w stronę zachodu, nucąc poważnym głosem jakieś uroczyście brzmiące słowa.

W chwilę później i Puk przyłączył się do śpiewu, wtórując głosem przypominającym gędźbę dzwonów. Nim pieśń ukończył, ześliznął się z Volaterrae141 na ziemię i dał dzieciom znak ręką, by za nim poszły. Ruszyły więc w drogę, a gdy szły, wydawało się im, że ów śpiew gna je naprzód i prowadzi kędyś bezwolnie. Szły więc i szły w miedzianozłocistej poświetli rozlewającej się po listkach brzozowych. Puk, idąc pośrodku, nucił jakąś pieśń dziwną, z której można było wyróżnić słowa:

Cur mundus militat sub vana gloria,

cuius prosperitas est transitoria?

Tam cito labitur eius potentia,

quam vasa figuli, quae sunt fragilia!