— Za moich czasów był on jeszcze nowy — rzekł Parnezjusz. — Moi żołnierze, wsypawszy sobie mąkę do hełmów, patrzyli na nią z obrzydzeniem, jak na jakie kłębowisko żmij, oczywiście chcąc mnie wytrącić z równowagi. Ale ja tylko... przemówiłem do nich... i od razu zawarliśmy przyjaźń. Przyznać się muszę, że od nich nauczyłem się rzymskiego tempa marszu. Jak wiecie, poprzednio służyłem jedynie w oddziałach posiłkowych, które się w marszu spieszą jak szewcy na jarmark. Zgoła inny jest krok legionistów: długi, powolny, miarowy, nie zmieniający się od rana do wieczora. „Tempo żołnierskiego chodu — cecha rzymskiego narodu”, powiada przysłowie. Dwadzieścia cztery mile w ciągu ośmiu godzin: ani mniej, ani więcej. Głowa i włócznia do góry, tarcza na plecach, pancerz rozchylony przy szyi na szerokość dłoni — w taki sposób odbywaliśmy wraz z naszymi orłami marsze przez Brytanię.

— A czy mieliście jakie przygody? — zapytał Dan.

— Na południe od Wału trudno o przygodę — odparł Parnezjusz. — Najgorszym kłopotem, jaki mi się zdarzył, było to, te musiałem raz udać się do urzędnika w północnej części kraju, wnosząc zażalenie na jakiegoś wędrownego filozofa, który sobie podrwiwał z naszych orłów. Wykazałem jak na dłoni, że ten nieborak umyślnie nam zagrodził drogę; wówczas urzędnik jął szperać w swej księdze i oświadczył filozofowi, że bez względu na to, jakich bogów wyznaje, powinien okazać należną cześć Cezarowi.

— I cóż wtedy zrobiłeś? — zapytał Dan.

— Ano, cóż? Poszedłem dalej! Po cóż miałem wtrącać się do nie swoich spraw, gdy mym jedynym celem było jak najszybsze dotarcie do wyznaczonego mi stanowiska? I tak maszerowałem przez dwadzieścia dni... Oczywiście, im dalej na północ, tym mniej spotyka się ludzi na drodze. W końcu człek wychodzi z lasów i musi piąć się na nagie wzgórza, gdzie wyją wilcy wśród zwalisk dawnych grodów. Nie ma tu ani pięknych dziewcząt, ani dobrodusznych urzędników, którzy znali twego ojca i zapraszają cię w gościnę do siebie. Nie posłyszysz plotek koło świątyń i etapów, chyba jakie złowrogie wieści o dzikich zwierzętach. Spotkać tam bowiem można myśliwców i dostawców zwierząt cyrkowych, którzy wloką na łańcuchu spętane niedźwiedzie i wilki w kagańcach. Koń twój płoszy się na ich widok, a twoi ludzie mają powód do uciechy. Zamiast dworków i ogrodów raz po raz obaczysz zamknięte zewsząd warownie, opatrzone basztami-strażnicami z szarego kamienia, i wielkie, murem kamiennym opasane owczarnie, strzeżone przez zbrojnych Brytańczyków z Północnego Wybrzeża. Na wierzchołkach nagich gór, poza nie osłonionymi domami, uganiają cienie chmur niby hufce pędzącej konnicy i widać kłęby czarnego dymu wynoszącego się znad kopalń i kamieniołomów. Uciążliwa droga snuje się bez końca, bez końca... wiatr poświstuje ci w pióropuszu... mijasz ołtarze, poświęcone legionom i wodzom już zapomnianym, strzaskane posągi bogów i bohaterów oraz tysiące mogił, spoza których wyglądają ku tobie górskie lisy i zające. Upalna w lecie, a mroźna w zimie jest owa rozległa kraina, pełna złomisk skalnych i krasnych wrzosowisk. A gdy już ci się zdaje, żeś dotarł na sam koniec świata, widzisz nagle dym ciągnący się, jak zasięgnąć okiem od wschodu na zachód, a potem pod jego pokrowcem obaczysz wszędy gromadki domów, świątyń, sklepów, teatrów, koszar i spichlerzy, porozrzucane niby kości do gry po jednej (i zawsze tylko jednej) stronie długiego, niezbyt wysokiego rzędu wieżyc, to wznoszącego się wzwyż, to opadającego, to chowającego się w załomach gruntu, to znów ukazującego się wyraziście. To właśnie ów słynny Mur!

— Ach! — westchnęły dzieci, dotąd z zapartym oddechem słuchające tego opowiadania.

— Rozumiem wasze zdumienie! — rzekł Parnezjusz. — Nawet starzy wiarusi, którzy od lat pacholęcych szli pod znakami legionów, powiadają, że w całym cesarstwie nic nie sprawia takiego wrażenia jak ten mur oglądany po raz pierwszy!

— A czy to naprawdę taki mur... jak dokoła warzywnego ogrodu? — zapytał Dan.

— O nie! To ów sławny mur, o którym wam już wspominałem. Wznoszą się tam potężne baszty, poprzegradzane szeregiem mniejszych wieżyczek, służących za strażnice. Mur tak szeroki, że nawet w najwęższym miejscu trzej ludzie zbrojni z tarczami na ramieniu mogą iść jeden obok drugiego, przechodząc od strażnicy do strażnicy. Wzdłuż jego górnej powierzchni ciągnie się z dwu stron niski ochronny murek, sięgający ludziom ledwie do szyi, tak iż z daleka widać jedynie hełmy straży przesuwające się to w jedną, to w drugą stronę niby paciorki. Mur jest na trzydzieści stóp wysoki, a od strony Piktów, to jest od północy, znajduje się głęboka fosa, usiana brzeszczotami starych mieczy, grotami włóczni natkniętych na drzewce i obręczami kół nawleczonymi na łańcuchy. Mały Lud nieraz tu się zakrada, by kraść żelastwo na ostrza swych strzał.

Atoli miasto, rozpostarte pod murem po jego południowej stronie, nie mniejszego godne jest podziwu. Dawniejszymi czasy były tu jeno okopy i rowy, a nikomu nie pozwalano wznosić trwałych budowli. Teraz owe szańce przeważnie poburzono i przebudowano wzdłuż całego muru, tak iż utworzyło się miasto ciągnące się wąskim pasem na przestrzeni ośmiu mil. Wyobraźcie sobie tylko: takie miasto ciągnące się nieprzerwanie od Ituny do Segedunum, od zachodu aż do chłodnego wschodniego wybrzeża, miasto gwarne, zgiełkliwe i ruchliwe, w którym raz po raz obaczysz to walki kogutów, to konne wyścigi, to znów obławę na wilki! Po jednej stronie muru wielkie bory, zwaliska i wrzosowe rozłogi, w których ukrywają się Piktowie, po drugiej zasię olbrzymie miasto, długie niby wąż i jako wąż złośliwe a podstępne. Doprawdy, był to jakby wąż wylegujący się pod ścianą nagrzaną słońcem!