Moja kohorta, jak mi oznajmiono, znajdowała się w Hunno, gdzie wielki gościniec północny wychodzi na drugą stronę muru, do prowincji zwanej Walencja. — Tu Parnezjusz roześmiał się. — Prowincja Walencja! Szliśmy przeto gościńcem do owego miasta Hunno, a gdyśmy do niego dotarli, stanęliśmy w osłupieniu. Ujrzeliśmy istny kiermasz... w którym uczestniczyły wszystkie narody ze wszystkich zakątków cesarstwa. Jedni brali udział w wyścigach konnych, inni siedzieli za stołem w winiarni, inni przyglądali się ogarom szczwanym na niedźwiedzie, wielu zasię gromadziło się w jakimś rowie, by patrzyć na walkę kogutów. Jakiś młokos, niewiele starszy ode mnie, lecz mający (jako widziałem) szarżę oficerską, osadził przede mną konia i spytał, czego szukam.

„Mego oddziału” — odpowiedziałem pokazując swoją tarczę. — To mówiąc Parnezjusz podniósł tarczę, na której widniały trzy rzymskie dziesiątki, podobne do liter, jakie widuje się na beczułkach wina.

„Szczęśliwy omen! — zawołał młodzik. — Wasza kohorta pełni służbę na wieży sąsiadującej z naszą, ale wszyscy żołnierze właśnie poszli przyglądać się walce kogutów. Bawimy się tu doskonale. Chodź ze mną, to oblejemy nasze orły!” Miało to znaczyć, że chce mnie poczęstować winem.

„Owszem, pójdę z tobą, ale wpierw muszę zameldować przybycie mych ludzi” — odpowiedziałem, czując gniew i wstyd jednocześnie.

„E, wkrótce wyrośniesz z tego dzieciństwa! — ofuknął mnie ów kolega. — To ci dopiero służbista! Ale nie chcę szkodzić twej karierze. Idź no dalej, do posągu bogini Romy... trafisz do niego z pewnością! Główny gościniec, który wiedzie do Walencji!” Roześmiał się głośno i odjechał. Posąg wspomniany było widać o jakie ćwierć mili, więc poszedłem wprost ku niemu. Swojego czasu przechodził tędy główny gościniec do Walencji, ale obecnie z obawy przed najazdami Piktów zatarasowano bramę, a na bruku przed murem ktoś wyskrobał słowo: „Finis148!” Weszliśmy tam niby do jakiej jaskini. Stanąwszy, przybiliśmy krok ostatni i jak jeden mąż zatknęliśmy w ziemię trzydzieści włóczni. Echo huknęło z arkady jak z wnętrza beczki, jednakże nikt nie wyszedł na nasze spotkanie. Po jednej stronie były drzwi, na których widniała wymalowana nasza cyfra. Weszliśmy cichaczem do środka. Znalazłszy tam śpiącego kucharza, rozkazałem mu, by dał nam co do jedzenia, po czym wdrapałem się na szczyt muru, by rozejrzać się po krainie piktyjskiej i... zacząłem rozmyślać... Zamurowana brama sklepiona, przed którą na bruku wypisano „Finis!”, wywarła na mnie przygnębiające wrażenie, bom przecie był jeszcze niemal pacholęciem...

— Jakież to przykre! — rozżaliła się Una. — Ale potem chyba ci było weselej, gdy dostałeś dobry...

Dan trącił ją łokciem, nie pozwalając dokończyć zaczętego słowa.

— Weselej? — gorzko uśmiechnął się Parnezjusz. — Miało mi być wesoło, gdy żołnierze kohorty, którą miałem dowodzić, bez hełmów przyszli z walki kogutów, niosąc ptaki pod pachą, i pytali mnie, ktom zacz149? Nie, nie było mi wesoło... ale i moja nowa kohorta też niebawem czuła się niewesoło... Napisałem do matki, że mam się dobrze, ale powiadam wam, moi drodzy — to mówiąc wyciągnął ręce ponad obnażonymi kolanami — powiadam wam, że najgorszemu z mych nieprzyjaciół nie życzyłbym takich cierpień i udręczeń, jakich doznawałem przez pierwsze miesiące mego pobytu przy Wale! Pomyślcie sobie: oprócz mnie (ja zaś myślałem, żem postradał łaskę mego wodza Maximusa) był pomiędzy oficerami może jeden taki, który nie miał na sumieniu jakiegoś głupstwa lub złego postępku. Ten zabił człowieka, ów przywłaszczył sobie cudzy grosz, inny ubliżył któremuś z urzędników lub bluźnił bogom... i za to posłano ich pod Wał, by tu ukryli się przed hańbą lub karą. I tacy to ludzie stanowili naszą starszyznę... a miejcie w pamięci, że załoga Wału była prawdziwą zbieraniną wszelkich warstw społecznych i plemion naszego cesarstwa. Na każdej wieży mówiono innym językiem i czczono inne bogi. W jednej rzeczy wszakże wszyscy byli wzajem sobie podobni. Bez względu na to, jaką bronią posługiwał się kto z nas przed przybyciem w to miejsce, każdy na Wale Hadriana musiał stać się, za wzorem Scytów, łucznikiem. Przed strzałą Pikt nie ucieknie ani się pod nią nie przemknie, zresztą sam też łucznikiem jest wybornym. On się zna na tym!

— Przypuszczam, że musieliście toczyć ciągłe walki z Piktami — rzekł Dan.

— O nie! Piktowie rzadko występują do walki. Przez całe pół roku nie zdarzyło mi się obaczyć Pikta nawet na lekarstwo. Obłaskawieni Piktowie opowiadali nam, że ich dzicy pobratymcy wszyscy wywędrowali na północ.