— Co to znaczy? — zapytał Dan.

— Znaczy to tyle, co chodzić z obłaskawionym Piktem na wyprawy łowieckie w głąb kraju piktyjskiego. Póki jesteś gościem tego Pikta i nosisz gałązkę wrzosu na widocznym miejscu, póty możesz czuć się tam całkiem bezpiecznie. Jeżelibyś wyprawił się tam samopas, zabito by cię z pewnością, o ile byś przedtem sam nie utopił się w bagnach. Prócz Piktów nikt nie zna drogi przez owe ciemne i zdradzieckie trzęsawiska. Stary Allo, jednooki, cherlawy Pikt, od którego kupowaliśmy koniki, był naszym zażyłym przyjacielem. Początkowo wyprawialiśmy się tam jedynie po to, by uciec od owego straszliwego miasta i pogawędzić o naszych rodzinnych sprawach. Potem Allo nauczył nas polować na wilki i na wielkie jelenie o rogach podobnych do żydowskich świeczników. Rodowici rzymscy oficerowie patrzyli na nas z pewną pogardą, ale myśmy woleli wrzosowiska niźli ich zabawy. Wierzaj mi — tu Parnezjusz zwrócił się do Dana — że chłopak rychło pozbędzie się wszelkich zmartwień i kłopotów, gdy jedzie oklep na koniu lub ściga zwierzynę. Czy przypominasz sobie, mój Faunie — tu zwrócił się do Puka — ten mały ołtarz, który wzniosłem ku czci Pana Sylwana150 koło lasu sosnowego za potokiem?

— Jaki ołtarz? Czy ten kamienny z sentencją z Ksenofonta151? — zapytał Puk odmiennym niż dotąd głosem.

— Nie. Nie znam wcale Ksenofonta. Ten ołtarz chyba wzniósł Pertinax, gdy mu się udało przypadkiem strzałą z łuku ustrzelić zająca. Ja swój ołtarz usypałem z okrągłych kamyczków na pamiątkę pierwszego niedźwiedzia, któregom zabił. Cały dzień trudziłem się nad budową.

To rzekłszy zwrócił twarz śpiesznie ku dzieciom.

— W ten to sposób żyliśmy przez dwa lata koło Wału. Od czasu do czasu miewaliśmy drobne utarczki z Piktami, po większej części jednakże czas nam płynął na polowaniach w krainie piktyjskiej, w towarzystwie starego Allo. On nas zwykle nazywał swymi dziećmi, a myśmy bardzo polubili jego i jego barbarzyńskich rodaków, chociaż nigdy nie zezwoliliśmy na to, by nas pomalowali na sposób piktyjski. Ślady tego malowania pozostają aż do śmierci.

— A jak to się robi? — spytał Dan. — Czy to coś podobnego do tatuowania?

— Nakłuwa się skórę do krwi, a potem się wciera różnobarwne soki roślinne. Allo był malowany na niebiesko, czerwono i zielono od stóp do głów i powiadał, że to należy do powinności ich religii. O tej swojej religii często nam opowiadał (Pertinax bardzo się interesował takimi sprawami), a gdyśmy się dobrze z nim pokumali, opowiadał nam i o tym, co działo się w Brytanii poza murem. A działo się podówczas bardzo wiele poza naszymi plecami. Świadczę się światłością słoneczną — dodał poważnym głosem — że niewiele było takich zdarzeń, o których by ci mali ludzie natychmiast nie byli powiadomieni. Allo opowiedział mi o tym, jak to Maximus przeprawił się do Galii, ogłosiwszy się w Brytanii cesarzem, i jakie wojska, i jakie zastępy wychodźców z nim podążyły. Do nas na Wał te wiadomości dotarły dopiero po upływie dni piętnastu. Potem on nam opowiadał, jakie wojska brał z sobą co miesiąca Maximus, by pomagały mu w zdobywaniu Galii... a przekonywałem się, że podane przez niego liczby zawsze były ścisłe. Opowiem wam jeszcze jedną rzecz dziwną...

Oplótł dłońmi kolana i oparł głowę o brzeg leżącej poza nim tarczy.

— Późnym latem, gdy zaczynają się pierwsze przymrozki, a Piktowie wykurzają pszczoły z barci, wzięliśmy kilka młodych ogarów i pojechaliśmy na łowy za wilkiem. Nasz wódz, Rutilianus, dał nam dziesięć dni urlopu, więc wyruszyliśmy poza drugi wał, opasujący prowincję Walencję, wdzierając się w wyższe góry, kędy nie ma nawet śladu dawnych zwalisk rzymskich. Przed południem ubiliśmy niedźwiedzicę; Allo zaczął obdzierać ją ze skóry. Naraz spojrzał w górę i tak mówi do mnie: „Gdy będziesz komendantem Wału, moje dziecko, nie będziesz mógł już tak się zabawiać”.