Maximus ani się nie poruszył, pókiśmy nie stanęli przed nim. Wtedy zmierzył mnie wzrokiem od stopy do głowy i zapytał bez ogródek: „Cóż to? Znowuś głodny? Zdaje mi się, że to taki mój los, iż karmić cię muszę, ilekroć się spotkamy! Ale mam tu strawę, to ją nam Allo ugotuje!”
„O nie! — sprzeciwił się Allo. — Książę udzielny na własnej ziemi nie usługuje cesarzom-włóczęgom. Nakarmię obu moich chłopców, nie pytając ciebie o pozwolenie”. To rzekłszy począł rozdmuchiwać przygasłe ognisko.
„Myliłem się! — zawołał Pertinax. — Wszyscyśmy widocznie poszaleli! Mów, czego sobie życzysz, szaleńcze, zwany cesarzem!”
Na zaciśnięte wargi Maximusa wybiegł straszliwy uśmiech, który ludzi napawał taką trwogą; ale dwa lata pobytu na Wale sprawiają, że człowiek przestaje obawiać się ludzkich spojrzeń — przeto ów uśmiech nie przeraził mnie wcale.
„Mniemałem, Parnezjuszu — rzekł Maximus — że spędzisz całe życie jako centurion na Wale. Ale z tego, co tu mam przy sobie (to mówiąc jął gmerać w zanadrzu), wnioskuję, że umiesz równie dobrze myśleć, jak rysować”. I wyciągnął z zanadrza zwój pergaminów. Były to listy pisane przeze mnie do rodziny, a pełne rysunków przedstawiających to wojowników piktyjskich, to niedźwiedzia, to różnych ludzi, jakich spotykałem na Wale. Matka i siostra moja bardzo lubiły te rysunki.
Maximus wręczył mi jeden z tych rysunków podpisany: „Żołnierze Maximusa”. Obrazek przedstawiał szereg pękatych bukłaków z winem, koło których stał nasz stary lekarz ze szpitala w Hurmo, lubując się ich zapachem. Ilekroć Maximus zabierał stojące w Brytanii oddziały, by wesprzeć wojsko podbijające Galię, tylekroć przysyłał do garnizonów miejskich większą ilość wina... zapewne w celu zapobieżenia rozruchom. Stąd to u nas na Wale każdą łagiew wina przezywano „Maximusem”. Takich to „Maximusów” wyrysowałem liczbę pokaźną... i czubek każdego przystroiłem cesarskim szyszakiem.
„Nie tak dawno — mówił dalej Maximus — o wiele mniejsze żarty pociągały za sobą doniesienie do cesarza!”
„Prawda, Cezarze! — odrzekł Pertinax. — Zapominasz jednakże, iż było to wówczas, zanim ja, przyjaciel twojego przyjaciela, zasłynąłem jako mistrz w rzucie włócznią!” To mówiąc podniósł swą włócznię myśliwską i wprawdzie nie wymierzył jej w Maximusa... ale kołysał ją w ręce... o tak!
„Mówiłem o czasach dawniejszych — rzekł Maximus, ani nie mrugnąwszy okiem. — Teraz mogę jedynie być rad temu, iż widzę młodzieńców, którzy umieją myśleć o sobie... i o swoich przyjaciołach. — Tu skinął głową w stronę Pertinaxa. — Te listy wypożyczył mi twój ojciec, Parnezjuszu, więc z mej strony nie masz czego się obawiać”.
„Istotnie nie masz czego się obawiać” — powtórzył Pertinax i otarł o rękaw ostrze włóczni.