„Musiałem uszczuplić załogi w Brytanii, bo mi było potrzeba wojska w Galii. Teraz przybyłem, by zabrać część wojska stojącego załogą na Wale”.

„Życzę ci powodzenia! — odrzekł Pertinax. — Będziesz miał z nas pociechę nie lada! Wiesz, kto jesteśmy? Ostatnie wyrzutki społeczeństwa, szumowiny całego cesarstwa... ludzie bez nadziei i przyszłości. Co do mnie, prędzej bym zaufał skazanym na śmierć zbrodniarzom”.

„Tak mniemasz? — rzekł Maximus głosem całkiem poważnym. — Ale to długo nie potrwa... Tylko do czasu, gdy podbiję całą Galię. W takich wypadkach zawsze trzeba coś na szwank wystawić: albo życie, albo duszę, albo spokój... albo inną jakąś drobnostkę”.

Tymczasem Allo obszedł wokoło ognisko, niosąc skwierczący kawał sarniny. Poczęstował najpierw nas obu.

„Aha! Rozumiem! — zawołał Maximus. — Widzę, że jesteście we własnym kraju. Prawda, należy się wam to. Opowiadano mi, Parnezjuszu, że masz całą drużynę własną między Piktami”.

„Chodziłem z nimi na łowy — odpowiedziałem. — Podobno mam tu garstkę przyjaciół w krainie wrzosowisk”.

„On jest jedynym waszym rycerzem, który nas rozumie” — wtrącił się Allo i rozpoczął długą przemowę, sławiącą nasze zalety, po czym opowiedział, jakeśmy przed rokiem wyratowali jedno z jego prawnucząt z paszczęki wilka...

— Czy to była prawda? — zapytała Una.

— Tak, ale wszystko to było ni przypiął, ni przyłatał. Ten mały, zielony człowieczek lubił gadać... jak... Cycero. — Sławił nas, jakbyśmy byli naprawdę wielkimi ludźmi. Maximus ani na chwilę nie spuszczał z nas oka.

„Wystarczy! — rzeki w końcu. — Wysłuchałem raport, jaki mi o was dał Allo. Teraz posłucham waszego raportu o Piktach”.