To rzekłszy oddalił się. Przyglądaliśmy mu się, jak kroczył ku swej galerze, z każdym krokiem malejąc nam w oczach. Po obu stronach leżeli, gromadkami po dwudziestu, ukryci Piktowie; on jednak szedł spokojnie, nie oglądając się w prawo ani w lewo. Wsiadł na okręt i gnany powiewem wieczornej morki pomknął chyżo na południe. Oniemieliśmy patrząc, jak śmiało wypłynął na pełne morze. Zrozumieliśmy, że ziemia niewielu wydała ludzi jemu równych. Niebawem Allo przyprowadził koniki i przytrzymywał je nam przy wsiadaniu, czego dotąd nigdy był nie robił.
„Zaczekajcie chwilę” — rzekł Pertinax, po czym zbudował z darni mały ołtarzyk, zasłał go gałązkami kwitnącego wrzosu, a na wierzchu położył list od pewnej dziewczyny w Galii.
„Co czynisz, przyjacielu?” — zapytałem.
„Składam ofiarę zmarłej młodości” — odpowiedział, a gdy płomienie zżarły list, przytłumił je stopą. W chwilę później odjechaliśmy w kierunku Wału, nad którym poruczono nam zwierzchnictwo.
Parnezjusz umilkł. Dzieci siedziały cicho, nie pytając nawet, czy to już koniec opowieści. Puk skinął głową i wskazał im drogę na skraj lasu.
— Bardzo mi przykro — rzekł — ale musicie już odejść.
— Czyśmy jemu nie sprawili jakiejś przykrości? — zapytała Una. — On taki zamyślony... i taki daleki...
— O nie, moi kochani! Poczekajcie do jutra. To przecież niedługo... A pamiętajcie, że bawiliście się w „Pieśni starożytnego Rzymu”...
Istotnie była to rzecz jedyna, jaką dzieci zachowały w pamięci, przelazłszy przez wiadomą im dziurę w płocie, którą gałęźami swymi osłaniały trzy drzewa: dąb, głóg i jesion.