„Tego i ja tobie życzę! Pragnę uratować tę odrobinę ziarna, jaka jeszcze pozostała pomiędzy kamieniami młyńskimi. Ale wy strzelacie do nas, Piktów, gdy podkradamy się do zasieków wielkiej fosy, by wypożyczyć sobie stamtąd trochę żelaziwa; spalacie nam wrzosy, które są jedynym naszym żniwem; napastujecie nas wielkimi kuszami albo kryjecie się za Wał i prażycie nas greckim ogniem. Jakże przeto mogę zapobiec temu, by nasza młodzież dawała posłuch Skrzydlatym Kołpakom... zwłaszcza zimą, kiedy głód nam doskwiera? Nasza młodzież powiada: »Rzym nie umie ani wojować, ani rządzić, a żołnierzy dobiera sobie spośród Brytyjczyków. Skrzydlate Kołpaki pomogą nam rozwalić Wał. Pozwól, byśmy im pokazali tajne przejścia przez trzęsawiska«. Czy ja pragnę tego? O nie! — To mówiąc splunął jako wąż przez zęby. — Choćby mnie miano spalić żywcem, dochowam wiernie tajemnic mego narodu. Dwaj moi chłopcy mówili prawdę. Zostaw Piktów w spokoju. Pokrzepiaj nas, pocieszaj i nakarmiaj... ale z daleka, z ręką na plecach. Parnezjusz nas rozumie. Niech więc on obejmie dowództwo nad Wałem, a ręczę ci, że z łatwością utrzymam naszą młodzież w spokoju... (tu trzasnął w palce) ot, przez rok cały. W następnym roku nie tak łatwo mi pójdzie. W trzecim roku... być może! Widzisz, daję ci całe trzy lata. Jeżeli przez ten czas nie dowiedziesz nam, że Rzym jest silny w ludzi i groźny orężem, zapowiadam ci, że Skrzydlate Kołpaki zaczną rozwalać Wał od jednego i drugiego morza, a gdy spotkają się w środku, tedy już będziecie musieli stąd uchodzić. Ja bym się tym nie martwił, gdyby nie to, iż wiem dobrze, że gdy jedno plemię wspiera drugie, ma zawsze na widoku jedną tylko cenę... My, Piktowie, też zginiemy... Skrzydlate Kołpaki zetrą nas... ot, na taki pył!” — I rzucił w powietrze garstkę drobnej kurzawy.
„O Roma Dea! — ozwał się półgłosem Maximus. — Więc to zawsze i wszędzie jest dziełem jednego człowieka!...”
„I życiem jednego człowieka — dodał Allo. — Jesteś cesarzem, ale nie bogiem. Możesz umrzeć”.
„O tym też pomyślałem — rzekł Maximus. — Doskonale. Jeżeli wiatr się nie zmieni, rano będę już przy wschodnim krańcu Wału. Zatem jutro, podczas przeglądu, zwrócę na was szczególną uwagę i zamianuję was naczelnikami załogi stojącej na Wale... byście pełnili umówioną służbę”.
„Jeszcze chwilka, Cezarze — rzekł Pertinax. — Każdy człowiek zna swą cenę... a tyś mnie jeszcze nie kupił”.
„Co? I ty zaczynasz targować się tak wcześnie?! — zawołał Maximus. — No, czego ci potrzeba?”
„Sprawiedliwości względem wuja mego Icenusa, duumwira w Divio, w Galii” — odrzekł Pertinax.
„O jedno tylko życie ci chodzi? Myślałem, że raczej zależeć ci będzie na pieniądzach lub urzędzie. Juści, podaruję ci go. Zapisz imię jego na czerwonej stronie tej tabliczki... odwrotna strona przeznaczona jest dla ułaskawionych...” — i wydobył z zanadrza woskowe tabliczki podręczne.
„Nic mi nie przyjdzie z jego śmierci — rzekł Pertinax. — Moja matka jest wdową, a jam jest daleko... nie mam pewności, czy wuj wypłaca jej całkowite dożywocie...”
„Nie troszcz się o to. Moje ramię jest dostatecznie długie. We właściwym czasie przejrzymy rachunki twojego wuja. A teraz bywajcie mi zdrowi do jutra, naczelnicy załogi Muru!”