„I pozwól, by w razie choroby leczyli się w naszych szpitalach” — napomknąłem.

„O, chyba umarliby tam ze strachu” — zauważył Maximus.

„Nie umrą, jeżeli przyprowadzi ich tam Parnezjusz — rzekł Allo. — W tej okolicy, nie dalej jak na dwadzieścia mil wokoło, mógłbym wam pokazać ze dwudziestu Piktów pokąsanych przez wilki i podrapanych przez niedźwiedzie. Ale Parnezjusz musi pobyć z nimi w szpitalu; inaczej zwariują z trwogi”.

„Wszystko tak, jak przewidywałem — rzekł Maximus. — Wszystko to jest dziełem jednego człowieka... jak to zresztą zawsze bywa w świecie. Zdaje mi się, że w danym wypadku tym jednym człowiekiem jesteś ty!”

„Pertinax i ja — to jedno” — odrzekłem.

„Niechże wam będzie... byleście pracowali dobrze! A teraz, mój Allo, przekonałeś się, że nie żywię złych zamiarów względem waszego plemienia. Możesz więc odejść, bo chcemy porozmawiać na osobności” — rzekł Maximus.

„Nie ma potrzeby! — odrzekł Allo. — Wszak jestem ziarnem pomiędzy dwoma kamieniami młyńskimi, muszę przeto wiedzieć, jak będzie się obracał kamień dolny. Chłopcy wyznali ci prawdę, ale tyle tylko, ile sami wiedzą, ja zaś, władco, dopowiem ci resztę. Oto lękam się ludzi przybyłych z Północy”. To mówiąc przycupnął jak zając wśród wrzosu i obejrzał się za siebie.

„Ja też się ich obawiam — rzekł Maximus. — Inaczej nic przybyłbym tutaj”.

„Słuchaj! — ozwał się Allo. — Dawno, dawno temu zawitały do naszych wybrzeży Skrzydlate Kołpaki (tą nazwą oznaczał przybyszów z Północy) i rzekły: »Rzym upada! Obalcie go w gruzy!« Przeto wszczęliśmy wojnę z wami i zostaliśmy pobici przez waszych wojowników. Wówczas rzekliśmy do Skrzydlatych Kołpaków: »Jesteście kłamcami! Wskrzeście naszych rycerzy, których Rzym pozabijał, a uwierzymy wam!« Odeszli przeto zawstydzeni. Teraz znów ośmielili się przyjść i opowiadają starą bajkę, której niektórzy z nas zaczynają już wierzyć: iż Rzym upada!”

„Niech no będę miał przez trzy lata spokój na Wale, a pokażę wam i tym krukom złowieszczym, jako kłamią!” — krzyknął Maximus.