„Rozpoznam ich zawsze, Cezarze” — odrzekł Kutilianus przetarłszy kąty oczu wykrzywionymi palcami i wpatrując się w nas rybim wzrokiem.

„Doskonale! — odrzekł Maximus. — A teraz słuchaj! Nie wolno ci rozporządzać się ani jednym żołnierzem, ani jedną tarczą na Wale, o ile ci chłopcy nie upoważnią cię do tego. Bez ich pozwolenia wolno ci tylko jeść... i nic więcej. Oni są głową i rękami, ty tylko — brzuchem...”

„Niech się dzieje wola Cezara — mruknął poczciwiec. — Jeżeli nie uszczuplisz mej płacy i mych dochodów, to ustanawiaj sobie kogo zechcesz moim zwierzchnikiem... choćby wyrocznię moich przodków. Przeszły... przeszły świetne czasy Rzymu!” — To rzekłszy przewrócił się na drugi bok i zasnął.

„Ma, czego pragnął — rzekł Maximus. — A teraz zajmijmy się tym, co mnie potrzebne!”

Rozwinął zwoje pergaminu, zawierające pełny rejestr wszelkich wojsk regularnych i posiłkowych, znajdujących się na Wale, włączając w to nawet listę chorych przebywających dnia tego w szpitalu w Hurmo. Ach, ależ wzdychałem ciężko, gdy jego pióro skreślało nam oddział za oddziałem naszych najlepszych... a raczej najmniej złych żołnierzy. Ogołocił nam dwie wieże z załogi scytyjskiej, z dwóch wież zabrał posiłkowe oddziały północnych Brytańczyków, wziął też dwie kohorty numidzkie, wszystkich Daków i połowę Belgów. Podobny był do orła szarpiącego ścierwo.

„A teraz mi powiedzcie, ile macie katapult”.

I już się zabierał do przeglądania nowego rejestru, gdy Pertinax dłonią zasłonił mu rękopis.

„Nie, Cezarze! — zawołał. — Nie kuś bogów za bardzo. Bierz ludzi albo maszyny... ale nie jedno i drugie... Inaczej i my wypowiemy ci służbę”.

— Maszyny? — zdziwiła się Una.

— Tak, maszyny oblężnicze... olbrzymie katapulty, czyli kusze, wysokie na stóp czterdzieści, sypiące całymi pękami ostrych kamieni albo kowanych grotów. Nic im się nie oprze. Maximus w końcu zostawił nam te katapulty, ale zabrał bez pardonu iście cesarską część naszej załogi. Gdy zwijał z powrotem rejestry, przy nas pozostał jedynie szkielet naszego wojska!