„Cześć, Cezarze! Pozdrawiają cię ludzie idący na śmierć! — zaśmiał się Pertinax. — Jeżeli teraz jaki wróg oprze się o Wał... zwali go bez wysiłku”.
„Dajcie mi trzy lata zwłoki, o których mówił Allo — odpowiedział Maximus — a będziecie tu mieli dwadzieścia tysięcy doborowych żołnierzy... wybór ich wam pozostawię. Ale teraz zaczyna się wielki hazard... gra przeciw bogom... Stawkami są Brytania, Galia, a może i Rzym. Chcecie być moimi partnerami?”
„Będziemy twoimi partnerami, Cezarze” — odpowiedziałem bez wahania, bo nigdy mi się nie zdarzyło spotkać równego jemu człowieka.
„Dobrze. Jutro wobec całego wojska zamianuję was naczelnikami Wału”.
Wyszliśmy z kwatery na oblane światłem księżycowym boisko, gdzie uprzątano ślady niedawnych igrzysk. Obaczyliśmy wielki posąg bogini Romy stojący na szczycie Wału; szron lśnił na jej szyszaku, a włócznia mierzyła w stronę gwiazdy północnej. Przyglądaliśmy się migotaniu ognisk wzdłuż wież strażniczych oraz szeregowi czarnych katapult, coraz malejących, w miarę jakeśmy się od nich oddalali. Wszystko to znane nam było do znudzenia, ale w ową noc wydawało się nam czymś jakby nowym i nieznanym, ponieważ wiedzieliśmy, że nazajutrz obejmiemy nad tym zwierzchnictwo...
Żołnierze radośnie powitali wiadomość o naszym mianowaniu... ale gdy Maximus odjechał, zabierając z sobą połowę sił naszych, gdy musieliśmy zająć stanowiska w opuszczonych wieżach, gdy mieszkańcy miasta zaczęli się uskarżać na upadek handlu, gdy nastały burze jesienne... O, wówczas ciężkie dni nadeszły dla nas obu! Odtąd Pertinax był czymś więcej niż moją prawą ręką. Urodzony i wychowany niegdyś w wielkim dworze w Galii, wiedział, jakimi słowy przemawiać do każdego z żołnierzy: od rdzennie rzymskich centurionów aż do nikczemnych psów libijskich z trzeciej kohorty. Z każdym z nich tak rozmawiał, jak gdyby ten człowiek zupełnie mu dorównywał poziomem wykształcenia i umysłu. Co się mnie tyczy, wiedziałem doskonale, co należy czynić, ale przy tym wszystkim zapomniałem, że spełnić rzecz każdą można tylko w miarę sił ludzkich. Był to wielki błąd z mej strony.
Ze strony Piktów nie obawiałem się niczego, przynajmniej na czas jednego roku, ale Allo ostrzegł mnie, że Skrzydlate Kołpaki niebawem przypłyną i z dwóch stron uderzą na Wał, by pokazać Piktom naszą słabość. Zacząłem więc pośpiesznie przygotowywać się do obrony, a pośpiech ten bynajmniej nie był przedwczesny. Na krańcach Wału umieściłem najlepszych żołnierzy, jakich mieliśmy, a na wybrzeżu ustawiłem osłonięte katapulty. Spodziewaliśmy się, iż Skrzydlate Kołpaki nadlecą — jak to było w ich zwyczaju — wraz z zamiecią śnieżną, po dziesięć do dwudziestu statków naraz, i zależnie od wiatru zawiną bądź koło Segedunum, bądź koło Ituny.
Otóż gdy okręt przybija do brzegu, załoga musi zwijać żagiel. Trzeba więc wypatrzyć chwilę, gdy ludzie podciągają w górę dolny brzeg żagla, a wtedy katapulty winny cisnąć nań całą siatkę pełną potłuczonych kamieni (żelaznych grotów nie używa się w tym wypadku, gdyż mogłyby podziurawić płótno). Żagiel, jak worek, napełnia się kamieniami, przeważając na bok okręt; ten wali się w morze, a ono już go wyprzątnie do czysta. Garstka ludzi czasami dostanie się na ląd, ale bardzo nieliczna... Gdyby nie czatowanie na brzegu wśród zawiei śniegu i siekącego piasku, nie można by tej roboty uważać za uciążliwą. Tak to broniliśmy się przed Skrzydlatymi Kołpakami w ową zimę.
Wczesną wiosną, gdy wiatry wschodnie tną człowieka ostro po twarzy, niby noże, wiele okrętów nieprzyjacielskich zebrało się znowu pod Segedunum. Allo zapowiedział mi, że wrogowie nasi nie spoczną, póki w otwartej walce nie zdobędą choćby jednej wieży. Istotnie walczyli w otwartym polu. Mieliśmy z nimi ciężką pracę od świtu do nocy... Gdy już się bój zakończył, ujrzeliśmy jakiegoś człowieka, który wynurzył się spośród szczątków rozbitego statku i zaczął płynąć ku wybrzeżu. Jąłem mu się przyglądać. Po chwili fala wyrzuciła go tuż pod moje stopy.
Pochyliwszy się nad nim, spostrzegłem na szyi jego taki sam medalik, jaki ja noszę — to mówiąc Parnezjusz sięgnął ręką ku szyi. — Przeto, gdy odzyskał mowę, zadałem mu pewne pytanie, na które można było odpowiedzieć w pewien określony sposób. On w odpowiedzi wyrzekł mi właśnie potrzebne słowo... słowo, które jest hasłem stopnia Gryfów w tajemnej wiedzy mego boga, Mithrasa. Osłoniłem go przeto tarczą, póki nie odzyskał sił. Jak widzicie, nie jestem ułomek, ale on był o głowę wyższy ode mnie. Powstawszy zapytał: „A cóż teraz będzie?” „Zrób, co ci się podoba, mój bracie — odpowiedziałem. — Wolno ci odejść albo pozostać”.