— Na lekcjach nie opowiadano nam o korsarzach, ale o królu Robercie Bruce159 i jakimś tam jego pająku! — zawołała Una. — I czemuż to Andrzej Barton wam pomagał?

— Nie wiem, czy on sam odpowiedziałby ci na to pytanie — odrzekł Hal mrużąc oczy. — Robinie, po kiego licha mam opowiadać tym niewiniątkom, jakie skutki za sobą pociąga grzeszna pycha?

— O, my to dobrze wiemy! — pospieszyła z odpowiedzią Una. — Gdy ktoś jest zanadto rogaty... to znaczy krnąbrny jak koza... musi za to siedzieć... w kozie.

Hal zamyślił się na chwilę, trzymając piórko w powietrzu, a Puk jął mówić coś do niego, używając jakichś przydługich wyrazów.

— Aha! — zawołał Hal po chwili. — Rozumiem! Tak i ze mną się zdarzyło... Czy byłem rogaty, jak wy powiadacie, to inna rzecz, dość że sprawowałem się nie tak, jak należy. Dumny byłem z takich rzeczy jak krużganki... na przykład krużganek w Lincoln... dumny byłem z tego, że ręka Torrigiana spoczęła na mym ramieniu... dumny byłem z godności rycerskiej, otrzymanej za to, żem wykonał złocone floresy na okręcie „Suweren”, należącym do Jego Królewskiej Mości. Atoli nie zapomniał o mnie ojciec Roger, przesiadujący w mertońskiej bibliotece. Gdym był u szczytu pychy, mianowicie, gdy ja właśnie, a nie kto inny, miałem budować krużganek w Lincoln, on jednym groźnym skinieniem palca rozkazał mi, bym wracał w gliniaste okolice rodzinnego Sussexu i własnym kosztem odbudował nasz parafialny kościół, gdzie były groby sześciu pokoleń naszej rodziny. „W drogę, synu mej sztuki! — zawołał. — Zanim nazwiesz się człowiekiem dorosłym, musisz zwalczyć diabła u siebie w domu!” Zadrżałem i ruszyłem w drogę... No, jakże tam, Robinie?

I z dumą pokazał Pukowi ukończony rysunek.

— To ja! To ja bez wątpienia! — odrzekł Puk mizdrząc się tak, jakby się przeglądał w lustrze. — Ale patrzcie! Deszcz już ustał! Nie lubię przebywać pod dachem, gdy słońce świeci!

— Hopsasa! Już po robocie! — zawołał Hal zeskakując z okna. — Kto pozwoli ze mną do moich Małych Lip? Tam sobie pogawędzimy!

Zsunęli się po drabinie w dół i minąwszy ociekające wodą wierzby, weszli na groblę oświeconą już słońcem.

— Moiściewy! — zawołał Hal wlepiając oczy w chmielnik, gdzie pędy chmielu właśnie zaczynały okrywać się kwieciem. — Czy to winne latorośle? Nie, to nie wino!... A okręca się w przeciwną stronę niż fasola!