Artysta spojrzał nań z ukosa.
— Ano różne rzeczy w kamieniu i w innym materiale. Nie wiem, czy o nich słyszałeś. Można je spotkać po całej Anglii. Niedaleko szukając, ja to przebudowałem nasz mały kościółek świętego Barnaby. Praca ta kosztowała mnie więcej kłopotów i zmartwień niż wszystko, czegokolwiek tknąłem się w życiu. Ale to była dla mnie wyborna lekcja!
— Hm! — westchnął Dan. — Mieliśmy już dziś dość lekcji od samego rana!
Puk ryknął śmiechem, a Hal odpowiedział uprzejmie:
— Nie będę cię trapił nauką, mój chłopcze. Wszelakoż dziwna to rzecz pomyśleć, że ten kościółek został odbudowany, nakryty dachem i wsławiony dzięki kilku zacnym odlewaczom żelaza z Sussexu, pewnemu chłopcu okrętowemu z Bristolu, pewnemu zarozumiałemu durniowi, którego zwano Halem Rysownikiem, bo jak widzicie, zawsze coś rysował lub szkicował, a wreszcie dzięki — tu wycedził z wolna ostatnie słowa — dzięki pewnemu szkockiemu korsarzowi.
— Korsarzowi? — zawołał Dan i szarpnął się jak ryba złapana na wędkę.
— Właśnie dzięki owemu Andrzejowi Bartonowi, o którym przed chwilą śpiewaliście, włażąc po drabinie.
To rzekłszy zanurzył znowu piórko w kałamarzu i z zapartym tchem ciągnął jakąś falistą linię, jak gdyby zapomniał owszystkim w świecie.
— Co? Czyżby korsarze budowali kościoły? — zapytał Dan. — Czy naprawdę oni je budują?
— Nieraz poważnie przyczyniają się do budowy — zaśmiał się Hal. — Ale ty, mój żaczku, odbywałeś już podobno lekcje przez cały ranek?