— O, jakież to piękne! — zawołał Dan.
— Na bok palce! Ten nożyk jest straszliwie ostry! Zrobiłem go sam z najlepszej holenderskiej stali. Także i tę rybę jam wyrzeźbił. Gdy jej płetwę grzbietową przesunąć w stronę ogona... o, w ten sposób... ryba połyka ostrze, jak niegdyś wieloryb połknął patriarchę Jonasza... A oto mój kałamarzyk; wokoło wyrzeźbiłem czterech świętych ze srebra. Przyciśnij głowę świętego Barnaby. Otwiera się... i oto...
Zanurzył w kałamarzu zaostrzone pióro — i śmiało a dokładnie jął uwydatniać główne linie rubasznej twarzy Puka, dotąd tylko lekko zaznaczone srebrnym sztyfcikiem.
Dzieci aż usta otworzyły z podziwu, bo twarz ta wprost zdawała się wyskakiwać z kartki papieru. Hal pracował pilnie i jakby wtórował kroplom deszczu bębniącym o dachówki, rozmawiając z dziećmi — to wyraźnie, to znów półgłośnym pomrukiem; od czasu do czasu przerywał rozmowę, marszcząc się albo uśmiechając do swej roboty. Opowiedział im, że urodził się w folwarku Małe Lipy i że ojciec bijał go za to, że rysował różne rzeczy zamiast pracować, aż w końcu stary ksiądz, zwany ojcem Rogerem, który malował ozdobne litery w książkach bogatych ludzi, nakłonił rodziców, by oddali mu chłopca pod opiekę niejako w charakterze terminatora malarskiego. Wraz z ojcem Rogerem podążył do Oxfordu, gdzie zmywał talerze, podawał buty i płaszcze wychowankom kolegium mertońskiego...
— Pewno ci się to nie bardzo podobało? — zagadnął Dan, zasypujący go w ogóle tysiącem najróżniejszych pytań.
— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Połowa Oxfordu wrzała podówczas robotą. Wznoszono nowe kolegia albo upiększano stare, a do pomocy wzywano najsławniejszych mistrzów w całym chrześcijaństwie... królów w swoim fachu, czczonych i sławionych nawet pomiędzy monarchami. Jam ich znał i dla nich pracował... to mi wystarczyło. Nic więc dziwnego... że...
Tu przerwał i zaśmiał się.
— Zostałeś wielkim człowiekiem, Halu! — dokończył Puk.
— Owszem, tak mi mówiono, Robinie. Sam Bramante158 nawet mi to mówił.
— Dlaczego? Coś ty robił? — zapytał Dan.