„Do licha! — zaklął. — Podnoś nogi wysoko i obmacuj dobrze ziemię, Hal! Przed chwilą potknąłem się o lufy armatnie!
Zacząłem iść po omacku (w dzwonnicy było ciemno jak w studni) i naliczyłem kolejno dwadzieścia kolubryn leżących na grochowinach... nawet nie były osłonięte!
„A tu z mojej strony są jeszcze dwa działka mniejszego kalibru — odzywa się Sebastian uderzając ręką po gładkim metalu. — Przeznaczone są do dolnego pokładu na statku Andrzeja Bartona. Przezacny, przezacny ten Jan Collins! Więc tu jest jego składnica, jego arsenał, jego zbrojownia! Teraz to już chyba widzisz, czemu twoje krzątanie się i wścibianie wszędzie nosa wywołało diabła na gruntach Sussexu? Od kilku miesięcy przeszkadzałeś Janowi w uczciwych zajęciach kupieckich!”
I roześmiał się zataczając się po ziemi.. Ale ponieważ o północy niezbyt ciepło bywa w ceglanej wieżycy, przeto powlekliliśmy się dalej po schodach, aż tu nagle Sebastian znowu się potknął... tym razem na krowiej skórze z rogami i ogonem.
„Aha! Naści, diable, kaftan! Twój diabeł zgubił swą cielesną powłokę! Co, podobam ci się w tej nowej skórce, Halu?” Odział się nią i począł skakać, jak szatany, w blasku księżyoowym, przeciskającym się smugami przez okno. Wyglądał jak istny diabeł! Potem usiadł na schodach, waląc ogonem w jakąś deskę. Z tyłu, dalibóg, zdawał się jeszcze straszliwszy niż od przodu. Przez okno wleciała sowa i zaczęła piszczeć z przestrachu na widok jego rogów...
„Zamykaj drzwi, jeżeli nie chcesz wpuścić diabła! — szepnął Sebastian. — Ale znów przekonywam się o fałszywości przysłowia, bo oto słyszę, Halu, jak otwierają się drzwi twej dzwonnicy”.
„Przecież je zamknąłem!... Czyżby kto miał drugi klucz?” — odpowiedziałem.
„Całe bractwo, sądząc z odgłosu kroków — odrzekł Sebastian, starając się wzrokiem przebić ciemności. — Cicho, cicho, Halu! Posłuchaj, jak stękają! Aha, niosą znów kilka mych kolubrynek! Powinienem być im wdzięczny! Jedna... dwie... trzy... już cztery przynieśli! Dalibóg, Andrzej zbroi się niczym admirał! Ogółem dwadzieścia cztery armaty!
I oto, jakby echo, doleciał nas głucho brzmiący głos Jana Collinsa: „Dwadzieścia cztery kolubryny i dwa mniejsze działka. Jużeśmy wyrównali rachunek z Andrzejem Bartonem”.
„Na grzeczności nikt nie traci! — szepnął Sebastian. — A może mu tak upuścić ostrze sztyletu wprost na głowę?”