„W czwartek one sobie pojadą na wozach z wełną, ukryte pod workami. Dirk Brenzett będzie na nie czekał pod Udimore, jak zeszłym razem” — mówił Jan.

„Boże! Jakaż to rozgałęziona i poręczna instytucja handlowa! — rzekł Sebastian. — Założyłbym się, że w całej wiosce tylko my dwaj nie ciągniemy zysków z tego przedsiębiorstwa”.

Na dole było z górą dwudziestu chłopa, a gwarno było jak na targu przy Robertsbridge. Poznawaliśmy ich po głosie, dzięki czemu mogliśmy sprawdzić ich liczbę.

Mistrz Jan Collins mówił piskliwym głosem: „Za miesiąc muszą tu się znaleźć działa dla francuskiej karaweli. Willu, a kiedy ten wasz młody dureń (to miałem być ja, za pozwoleniem!) powróci z Londynu?”

„Nie martw się o to! — posłyszałem odpowiedź Willa Ticehursta. — Kładźcie je, gdzie się wam podoba, mistrzu Collinsie. My teraz zanadto boimy się diabła, byśmy mieli zabierać się do tej wieży!” I posłyszałem, jak się drab roześmiał na cale gardło.

„Ej, Willu, diabeł nie śpi i nietrudno go zbudzić!” — rzekł jeden z obecnych (poznałem głos Ralfa Hobdena z kuźni).

„Aaa-men!” — ryknął Sebastian i nim zdołałem go powstrzymać, zbiegł pędem po schodach w dół, wyjąc przy tym bez przerwy... iście po diabelsku. Zanim zdążył dopaść tego, co stał najbliżej, już oni dali drapaka. Miły Boże! Uciekali, aż się za nimi kurzyło! Posłyszeliśmy, jak się dobijali do drzwi gospody „Pod Dzwonem”, wówczas i my wzięliśmy nogi za pas.

„A co teraz? — zapytał Sebastian podciągając krowi ogon w górę, by nie plątał się wśród haszczy. — Nadpsułem trochę gębę mości Collinsowi!”

„Jedźmy do imć pana Jana Pelhama” — odparłem. Był to jedyny człowiek, który trzymał moją stronę.

Pojechaliśmy tedy do Brightlingu, mijając zagrody należące do pana Jana; strażnicy leśni o mało co nas nie postrzelili, biorąc za kłusowników. Zaprowadzono nas przed sędziowski trybunał pana Jana. Gdyśmy mu opowiedzieli wszystkie nasze przygody i pokazaliśmy krowią skórę, którą Sebastian miał wciąż jeszcze przytroczoną u pasa, pan Jan uśmiał się do łez.