„Szkoda, że odpłaciłem mu się za to tak mamie! — odmruknął Sebastian przyglądając się swoim pięściom. — Ale co powiesz o mniejszych działach? Miałbym z nich wielki pożytek, ale cóż... o nich nie było ani słowa w królewskim rozkazie”.
„To tylko uprzejmość, serdeczna uprzejmość! — odrzekł imć pan Jan. — Nie ulega wątpliwości, iż powodowany przywiązaniem do króla i miłością ku tobie, mistrz Jan daje ci w przydatku te dwie armatki bezpłatnie. To jasne jak to wschodzące słońce, mój młokosie!”
„Prawda! — rzecze na to Sebastian. — Ach, mości panie Janie, panie Janie, czemuż to waszmość nie wybierzesz się nigdy na morze! Szkoda waszmości na lądzie!” To mówiąc spojrzał nań z serdeczną wdzięcznością.
„Czynię, co mogę, na mym stanowisku! — Tu imć pan Jan znowu pogładził brodę i przemówił do nas grzmiącym, sędziowskim głosem: — Ale, za pozwoleniem, wy dwaj, moi chłopcy, hulacie sobie o północy (co mi się zgoła nie podoba!), rozbijacie się koło szynkowni i napastujecie mistrza Collinsa podczas jego... — tu zamyślił się na chwilę — ...podczas spełniania przezeń dobrych uczynków... pełnił je tak skrycie, iż nie wiedziała lewica, co czyni prawica, a wyście, powtarzam, napastowali go okrutnie”.
„Prawdę mówisz, mości panie Janie — odrzekł Sebastian. — A gdybyś widział, jak on uciekał!”
„Potem zaś jedziecie na złamanie karku, wpadacie do mnie nocą i zawracacie mi głowę baśniami o jakichś tam korsarzach, wozach z wełną i skórach krowich, które to baśnie, acz wielce ucieszne i rozweseliły mnie niepomiernie, jednakże nie licują z moim rozsądkiem i urzędową powagą. Przeto gotów jestem towarzyszyć wam do owej wieży, wziąwszy z sobą kilku podległych mi ludzi i ze trzy lub cztery wielkie wozy, by dać ci rękojmię, że mistrz Jan Collins odda ci dobrowolnie twoje kolubryny i pomniejsze działa, mości Sebastianie. — Tu znowu wrócił do zwykłego tonu: — Ostrzegałem już dawno starego lisa i jego sąsiadów, że te pokątne frymarki i dorobki przysporzą im kiedyś biedy niemało... jednakowoż nie mogę powywieszać połowy mieszkańców Sussexu za wywóz kilku dział... Cóż, chłopcy, zadowoleni jesteście z wyroku?”
„Ja sam dopuściłbym się zdrady za dwie armatki!” — zawołał Sebastian zacierając ręce.
„I właśnie za takiego kubana167 pogodziłeś się z ową zdradą! — rzekł pan Jan. — A teraz na koń! Jedziemy po armaty!”
— Ale prawda, że mistrz Collins wciąż jeszcze myślał o przesłaniu tych armat Andrzejowi Bartonowi? — zapytał Dan.
— Na pewno myślał o tym — odrzekł Hal. — Ale one już nie do niego należały. Brzask różowił się na niebie, gdy wtargnęliśmy znienacka do wsi. Na czele jechał konno imć pan Jan w lekkiej zbroi z pióropuszem powiewającym na hełmie; za nim kroczyło trzydziestu mocnych chłopów z Brightlingu, po pięciu w jednym rzędzie. Za nimi postępowały cztery wielkie wozy, a koło nich czterej trębacze, trąbiąc hucznie, jakby na urągowisko, ową piosenkę: „Nasz król jegomość do Normandii jedzie...” Gdy stanęliśmy przed wieżą i zaczęliśmy z niej wyciągać działa, przypomniał mi się zupełnie jeden z obrazków wymalowanych przez ojca Rogera w mszale królowej, przedstawiający zdobywanie twierdzy przez Francuzów.