— A co myśmy... chciałem powiedzieć, co wtedy zrobiła nasza wioska? — zapytał Dan.

— O, zachowała się godnie, bardzo godnie! — zawołał Hal. — Choć mnie oszukali tak brzydko, jednakże byłem z nich dumny. Wyszli sobie z zagród, popatrzyli na nasz zbrojny oddział, jak gdyby na przejeżdżającą pocztę, i sznurując usta poszli każdy do swojej roboty. Żadnego słowa ni znaku! Woleli zginąć niż dopuścić do tego, by Brightling miał triumfować nad nimi. Szubrawiec Will Ticehurst posunął się nawet do tego, że wychodząc z gospody „Pod Dzwonem”, gdzie od rana raczył się piwem, przebiegł tuż przed rumakiem imć pana Jana.

„Uważaj, mości diable!” — zawołał pan Jan ściągając cugle.

„Ho, ho! — odkrzyknął mu Will. — Czy to dziś targ? Czy przypędziliście tu wszystkie ciołki z Brightlingu?”

Bezczelny drab! Miałem go wysmagać rzemieniem, ale widząc jego śmiałość, darowałem mu te plagi!... Wszelakoż mistrz Collins najlepiej się popisał! Ten ze szczęką podwiązaną (widać Sebastian porządnie mu ją przetrącił) pojawił się na ulicy właśnie w chwili, gdyśmy wyciągali jedno z mniejszych dział przez kruchtę.

„Zdaje mi się, żę wam to cacko trochę cięży — zauważył. — Jeżeli mi zapłacicie, to wam pożyczę mego wasąga, bo niedobrze będzie maleństwu leżeć na wozach z wełną”.

Sebastian chciał coś odpowiedzieć, ale mu głosu nie stało: otwierał jeno i zamykał usta jak ryba. Był to jedyny raz w życiu, żem go widział tak zdumionym i osłupiałym.

„Bez urazy — rzekł mistrz Jan. — Kupiliście tę armatkę nader tanio, więc myślałem, że nie poskąpicie mi grosza, gdy pomogę wam ją przewieźć”. Tak, to był istotnie cios mistrzowski! Powiadają, że ten ranek kosztował naszego Jana ze dwieście funtów, a on nawet okiem nie mrugnął, gdy widział, żeśmy działa załadowali na wozy i powieźli do Lewes.

— A potem też nic nie dał poznać po sobie? — zapytał Puk.

— Tylko raz jeden. Było to wówczas, gdy ofiarował do kościoła świętego Barnaby grające dzwony. (O, teraz już nie było takiej rzeczy, której by Collinsowie, Hayowie, Fowlowie czy Fennery nie uczynili dla przyozdobienia kościoła! „Proś, a otrzymasz!” — było stałą ich śpiewką). Właśnie zadzwoniliśmy w nie po raz pierwszy w ową porę, gdy on znajdował się na wieży, wraz z czarnym Mikołajem Fowlem, który fundował piękne balaski do naszego kościoła. Szelma jedną ręką ścisnął sznur od dzwonu, a drugą drapie się w szyję, powiadając: „Prędzej się nadał na ramę dzwonu niż na moją szyję!” I na tym koniec! Taki to był nasz Sussex... zawsze nierozważny, buńczuczny i junacki!