— A co potem się stało? — spytała Una.

— Potem... wróciłem do Anglii — odrzekł Hal z wolna. — Ta lekcja oduczyła mnie próżności... jednakowoż powiadano, że dzięki mnie kościół świętego Barnaby stał się prawdziwym klejnotem... tak jest — klejnotem! No i pewnie! Zbudowałem go wśród swoich i dla swoich... a słuszność miał ojciec Roger: nigdy nie zaznałem tylu zgryzot, ale i tylu triumfów, co tutaj. Taki to już jest bieg rzeczy... Kochany, kochany kraj!

I w zamyśleniu opuścił głowę na piersi.

— Koło kuźni stoi wasz tatuś. O czym on tak rozprawia ze starym Hobdenem? — odezwał się Puk otwierając dłoń, w której trzymał jakieś trzy listki.

Dan spojrzał w stronę chaty Hobdena.

— Aha, wiem. Chodzi o ten stary dąb zwalony w poprzek strumienia. Ojczulek zawsze mówi, że trzeba go wykopać.

W dolinie było tak cicho, że basowy głos Hobdena doszedł wyraźnie do uszu dzieci:

— Niech ta pan robi, jako się panu podoba... ale kiejby nie te kręte korzeniska, już by tu dawno brzeg się oberwał. Jeżeli pan to drzewo wykopie, to w brzegu bedom takie dziury, że przy najbliższej powodzi strumyk wyleje. Ale niechta pan robi, jako się mu widzi. Jaśnie pani to lubi siadywać kole paproci na tym pniaku.

— No, no! Jeszcze o tym pomyślę — odpowiedział ojciec.

Una parsknęła cichym śmiechem.