Olbrzym oparł się o ceglaną ścianę suszarni i rozpostarł szeroko ręce.

— Najmij mnie do roboty! — zawołał i obaj, śmiejąc się, ruszyli na górę.

Po chwili dzieci posłyszały szuranie łopatami po wielkim płótnie, na którym leżały żółte kiście chmielu, suszące się nad ogniem. W miarę jak przewracano chmiel na drugą stronę, suszarnia zaczęła wypełniać się słodką, usypiającą wonią.

— Kto to taki? — szepnęła Una do pszczelarczyka.

Na strychu suszarni słychać było ciężkie kroki posuwające się to w jedną, to w drugą stronę, a gwar rozmowy przeplatał się częstym i stłumionym śmiechem.

Nagle przez otwór w górze zsunął się worek do chmielu i począł pęcznieć i tężeć w miarę, jak weń sypano suszki chmielowe.

„Brzęk!” — stuknęła prasa i ugniotła sypki miąższ w twardą cegiełkę.

— Powoli! — zawołał Hobden. — Przedrzesz worek, jeżeli będziesz tak walił. Jesteś tak nieostrożny jak byczek Gleasona, mój Tomku. No, na teraz wystarczy. Chodź, usiądziemy sobie przy ogniu.

Zeszli w dół, a gdy Hobden otworzył drzwiczki pieca, by zobaczyć, czy ziemniaki już się upiekły, Tom Shoesmith rzekł do dzieci:

— A nasypta mi dużo soli, to zara obaczycie, kim jestem.