Odkrajał kawałek ziemniaka i rzucił go za próg.

— Aha! Słyszałem, że Whitgiftowie umieją zobaczyć przez młyńskie koło więcej niż ktokolwiek inny — rzekł Shoesmith. — Czy ona też to potrafiła?

— O nie! Było to zacne kobiecisko... świeć Panie nad jej duszą... i nie zajmowała się nijaką sztuką czarnoksięską! — obruszył się Hobden. — Ino, że czytała różne znaki i wróżby z przelotu ptaków, ze spadania gwiazd, z rójki pszczół... i innych podobnych rzeczy. I nieraz też leżała w łóżku, nie śpiąc przez noc całą... i nadsłuchując, jako mówiła, różnych nawoływań.

— E, to niczego nie dowodzi — odrzekł Tom. — Wszyscy mieszkańcy trzęsawisk byli z wiek wieka przemytnikami... więc widać miała we krwi to nadsłuchiwanie po nocach.

— No, pewnikiem — rzekł Hobden uśmiechając się. — Pamiętam, jak to szmuglowano nie tylko na trzęsawiskach, ale i bliżej... Ino, że moja kobieta tym się nie zajmowała. Plotła mi cięgiem różne bajdy — tu głos zniżył — o jakichś tam... jakichś... Czterolatkach...

— Tak, słyszałem, że mieszkańcy moczarów wierzyli w takie rzeczy — rzekł Tom wpatrując się w szeroko otwarte oczy dzieci, tulących do siebie suczkę.

— Czterolatki?! — zawołała Una. — Nie! Chyba Czaroludki! Tak, już teraz rozumiem168.

— Górscy Ludkowie! — poprawił pszczelarczyk rzucając ku drzwiom połowę ziemniaka.

— Oto go macie! — zawołał stary Hobden wskazując na niego. — Mój syn wziął po matce nie tylko oczy, ale i te swoje dziwactwa. Tak właśnie ona nazywała te dziwy!

— A ty co myślałeś... o tym wszystkim?