— Hm! Hm! — zamruczał Hobden. — Człek, który po ciemku tyle, co ja, nachodził się po polach i gajach, nigdy nie zejdzie ze swej drogi, chyba że mu przyjdzie uciekać przed stróżem.
— Ale w innym wypadku? — nalegał Tomasz. — Widziałem przed chwilą, jak rzucałeś najlepszy kąsek za próg. Czy ty w to wierzysz... czy może...?
— E, na tym zimnioku było takie duże, czarne oczko — wymijająco odrzekł Hobden.
— Moje małe oczko widocznie go nie dojrzało... Wyglądało mi to tak, jak gdybyś przeznaczał ten kąsek dla kogoś, komu mógł być potrzebny. Ale dajmy temu spokój. Czy ty wierzysz... czy może...?
— Nie mówię nic, bom nic nie słyszał i niczego nie widział... Ale jeżelibyś powiedział, że w nocnych godzinach po lesie uwija się coś więcej oprócz ludzi, zwierząt, ryb i ptaków, nie wiem, czybym nazwał cię kłamcą. A teraz na ciebie kolej, Tomaszu. Co ty powiesz na to wszystko?
— Ja zrobię tak jak ty — i nic o tym nie powiem, ale za to opowiem ci jedną gadkę, a ty już sobie zrób z nią, co ci się będzie podobało.
— Baj, baju, będziesz w raju — mruknął Hobden, ale skwapliwie zaczął nabijać fajkę.
— Mieszkańcy Żuław169 nazywają to „Rójką w Dymchurch” — rzekł z wolna Tomasz. — Czyście kiej o tym słyszeli?
— Moja kobieta opowiadała mi to kilkadziesiąt razy. Czasami, bywało, jużem pod koniec prawie zaczynał wierzyć.
To rzekłszy Hobden przeżegnał się i zapalił tytoń w fajce u żółtego płomienia świecy. Tom rozsiadł się wśród węgla, oparłszy olbrzymi łokieć na równie olbrzymim kolanie.