— Czy byliście, paniczu, kiej na Żuławach? — spytał Dana.

— Raz tylko... i to nie dalej jak w Rye — odpowiedział Dan.

— E, toś był ino na samym ich skraju! Tam dalej jest się czemu przypatrować: dzwonnice stoją obok kościołów, baby-znachorki nie siedzą w chałupach, ino przed progiem, morze se szumi ponad lądem, a dzikie kaczki gnieżdżą się po rowach. Całe Żuławy są pokratkowane rowami i śluzami, groblami i ściekami... Kiej nadchodzi przypływ, wszystko to zaczyna bełtać się i bulgotać, a potem słychać, jak morze na prawo i lewo wzbiera wzdłuż wielkiej tamy. A czy widziałeś, jaka to tam równia jest na Żuławach? Zdawałoby się, że nic łatwiejszego, jak przejść ją całą z jednego końca na drugi. Bogać tam! Te wszyćkie rowy i kanaliki tak się tam wiją i plączą jak kądziel na kołowrotku czarownicy, że i w biały dzień nietrudno tam zabłądzić.

— A to wszyćko dlatego, że tam wydrynowali wody do rowów! — wtrącił się Hobden. — Kiej jeszcze starałem się o mą kobietę, wszędy tamok były zielone sitowia... a jakże... zielone sitowia... a błocki starosta hasał sobie tam i sam swobodnie kiej żaba...

— Któż to był taki? — zapytał Dan.

— A któż by jak nie ta frybryja i gorączka, co się na bagniskach lęgnie! Raz czy dwa poklepała ona i mnie po ramieniu: wytrząsłem się porządnie. Ale teraz to drynowanie wody wygnało precz wszyćkie fybryje, więc se ludzie żartem powiedają, że się pon starosta obalił w rowie i kark se skręcił. A jest to miejsce wyborne i la kaczek, i la pszczół.

— I stary to kraj — mówił dalej Tomasz. — Ludzie tam mieszkają od niepamiętnych czasów. Mówiąc między nami, owe Czterolatki zawdy podobno miłowały ten kraj bardziej niż inne okolice Starej Anglii. Tak powiedają ludziska tamtejsi, którzy zapewne przekonali się o tym na własnej skórze, bo przecie od wieków, odkąd owce runem porastały, odbywali z ojca na syna nocne wyprawy, przemycając towar wszelaki. Mówią, że ilekroć to czynili, zawdy widywali owe Czterolatki, co najmniej po kilka naraz. Były natrętne i bezczelne jak króliki. Tańczyły w biały dzień po gościńcach, a wieczorem zapalały zielone światełka po przekopach, snując się tam i z powrotem jak prawdziwi przemytnicy. Ba, czasami w niedzielę zamykały przed nosem księdzu albo kościelnemu drzwi kościoła.

— E, to przemytnicy właśnie tam chowali wódkę albo drogie hafty, póki nie mieli znów sposobności wyprawić się na trzęsawiska. Nieraz mi o tym opowiedała moja nieboszczka — odrzekł Hobden.

— Założyłbym się, że nie wierzyła temu, co mówiła... nie byłaby z domu Whitgiftówna! Wszystkie opowieści są w tym zgodne, że Żuławy były dla Czterolatków najulubieńszym siedliskiem, póki ojciec królowej Bietki170 nie wprowadził do nas reformacji.

— To chyba było coś jakby akt parlamentu? — zapytał Hobden.