Lecz gdy łowy zakończysz i pucharek wysączysz,

a obuwie ci spadnie już z nóg,

pośród nędzy, frasunku nie poskąpi ratunku

ani dąb, ani jesion, ni głóg!

Wiąz nie lubi człowieka, więc się czai i czeka,

i choć wichry przycichną szalone,

on ku ziemi się nagnie, w łeb gałęzią cię smagnie,

zamiast dawać ci schron i osłonę!

Lecz czyś smutny, czy rzeźwy, czy od piwa nietrzeźwy,

skoroś zasnął, zwinąwszy się w kłąb,