„Gdyby to mnie człek jakiś zarzucił powróz na szyję — ona mi na to — spaliłabym po trzykroć jego domostwo i nie wdawałabym się w żadne układy”.
„Tak, ale człekiem tym była niewiasta...” — odrzekłem śmiejąc się. Ona rozpłakała się i jęła się skarżyć, iż urągam jej niewoli.
„Miłościwa pani! — rzekłem na to. — Nie masz47 niewolników w tej dolinie, jeno48 jeden... a nie jest ci on Sasem”.
Rozgniewały ją te słowa, przeto jęła mnie lżyć i przezywać normandzkim opryszkiem, co zakradł się tu z kłamstwem na ustach, by mamić ją słodkimi słowy, a w rzeczy samej wygnać ją z torbami... Wygnać ją! Przebóg! Toć ona nawet nie przyjrzała się okropnościom wojny! Uniosłem się gniewem i odpowiedziałem: „Wszystkiemu temu kłam zadać potrafię, boć przysięgnę — i wsparłem ręce na głowicy miecza na znak przysięgi — że moja noga nie postanie w tej oto świetlicy, póki pani Aelueva sama mnie tu nie zawezwie”.
Oddaliła się, nie mówiąc ni słowa; wyszedłem z dworu niezwłocznie, a za mną powlókł się Hugon, pogwizdując smętnie wedle obyczaju Anglików. Pode dworem obaczyliśmy owych trzech Sasów, co to trzymali mnie w łykach przez noc zeszłą; teraz oni z kolei byli powiązani przez moją drużynę, a za nimi stało z jakich pięćdziesięciu chłopów miejscowych, którzy patrzyli przed siebie osowiałym wzrokiem, oczekując swego losu. Z lasów, ciągnących się w stronę Kentu49, doleciał nas słaby odgłos surm De Aquili.
„Czy mamy ich wieszać?” — spytali moi ludzie.
„Jeśli tak uczynisz, to moje chłopy porwą się do bitki” — szepnął Hugo. Zwróciłem się doń z prośbą, by spytał trzech drabów, czy oczekują łaski.
„Nie liczym na nią wcale — odpowiedzieli jak jeden mąż. — Wszak mieliśmy rozkaz powiesić cię, gdyby nasz pan i zwierzchnik nie wrócił do zdrowia. I powiesilibyśmy cię na pewno”.
Gdym tak stał, bijąc się z myślami, naraz z dąbrowy na Górze Królewskiej wybiegła jakaś kobieta lamentując, iże łotrzykowie normandzcy uprowadzili jej stado nierogacizny.
„Za jedno mi to, czy to Sasi, czy Normanowie! — krzyknąłem. — Musimy stąd wykurzyć tych łotrzyków, bo gotowi ograbiać nas tu codziennie! Dalej na nich, mości panowie, zbroić się, czym kto może!” Puściłem przeto wolno onych trzech drabów i ruszyliśmy gromadą; wespół z moją pancerną drużyną poszli za przewodem Hugona i Sasi, powyciągawszy spod strzech pochowane dotąd siekierki i łuki. W połowie zbocza Królewskiej Górki zdybaliśmy pewnego franta, z Pikardii rodem, który przódziej50 snuł się za wojskiem jako markietan51 i szynkował wino w książęcym obozie, teraz zasię paradował na ukradzionym koniu, szczycąc się godłem zabranym jednemu z poległych rycerzy, a wiódł za sobą z tuzin podobnych jemu hałaburdów. Gnali przed sobą świnie, kłując je i bijąc ile wlezie. Daliśmy im tęgiego łupnia i uratowaliśmy nasz dobytek. Sto siedemdziesiąt wieprzków ocalało dzięki nam w tej srogiej bitwie. Wcale pokaźna porcja wieprzowiny!