— Patrzaj! — zawołała Una. — Tam mamusia schodzi do nas po Długim Wygonie! Cóż ona powie, gdy zobaczy pan Ryszarda? Przecież on się przed nią nie ukryje!
— A Puk już tym razem nie zdąży nas zaczarować! — dodał Dan.
— Tacyście tego pewni? — żachnął się Puk i nachyliwszy się ku rycerzowi, szepnął mu coś do ucha. Pan Ryszard uśmiechnął się i skinął głową w odpowiedzi.
— A co się stało z mieczem i bratem moim Hugonem, opowiem wam już kiedy indziej — rzekł powstając. — Hej, Jaskółko!
Wielkie konisko zerwało się kędyś z drugiego końca łąki i przeleciało kłusem tuż obok nadchodzącej matki. Wówczas dzieci posłyszały jej słowa:
— Znowu stare szkapsko Gleasona zaszło na naszą łąkę! Którędy ono tu się dostało?
— Chyba koło kamienistego zakrętu — odrzekł Dan. — Ot, nawet widać wyłom w brzegu zrobiony jego kopytami! Myśmy dopiero teraz zauważyli tego konia. Niewiele rybek udało się nam złowić, choć czatowaliśmy na nie przez całe popołudnie...
I oboje byli święcie przekonani, że tak było naprawdę. Nie spostrzegli listków dębu, głogu i jesionu, które Puk nieznacznie wetknął im za pazuchę.
Śpiewka pana Ryszarda
Za mym książęciem jechałem, pacholę