To mówiąc pan Ryszard znów obrócił miecz w ten sposób, by dzieci mogły obejrzeć dwa wielkie, jakby dłutkiem wykonane żłobki na obu stronach ostrza.
— Te same zębiska — ciągnął dalej pan Ryszard — wpiły się w bok i prawe ramię Hugona... A ja?... E, fraszka! Nic mi się nie przygodziło, okrom złamania nogi... i okrom wielkiej gorączki. Thorkildowi ucho odgryzł on diabeł, ale najgorzej wyszedł Hugon, bo miał bok i ramię doszczętnie popsowane. Ujrzałem go, jak leżał opodal, żując owoc jakiś, trzymany w lewej ręce. Ciało mu odpadało od kości, włosy gęsto osnuły się siwizną, a na ręce ukazały się sine żyłki jako u niewiasty. Widząc, iż nań patrzę, objął mnie lewym ramieniem za szyję i szepnął: „Weźmij ode mnie miecz mój. Wszak on już do cię należał od czasu bitwy pod Hastings, ale ninie, o bracie mój, nie udzierżę już nigdy jego rękojeści!” Takośmy tedy leżeli na pokładzie, gwarząc o bitwie pod Santlache, tudzież, jako pomnę, o wszystkim, co się zdarzyło od czasu onej bitwy... a bywało, żeśmy się obaj w tej rozmowie popłakali rzewnie. Jam był słaby jako dziecię, on zaś był cieniem nieledwie.
„Poniechajcie płaczu! — zawołał na nas Witta przechylając się znad steru. — Złoto każdemu człeku starczy za prawą rękę! A patrzcie no, patrzcie, ile tu złota!” I polecił Thorkildowi, aby nam pokazał złoto, kość słoniową, jako dzieciom, którym pokazują świecidełka. Zgromadził na okręcie wszystko ono złoto, które leżało na wybrzeżu, oraz dwakroć więcej, bo tyle mu naznosili wieśniacy, wdzięczni za zabicie diabłów. Jako mi Thorkild opowiadał, czczono nas tam niby bogów, a jedna z niewiast — starsza już znachorka — opatrywała nieszczęsne ramię Hugonowi.
— Ile złota zdobyliście? — zaciekawił się Dan.
— Jakoż wam to powiem? Gdyśmy wyjeżdżali, okręt był naładowany żelazem aż po same podnóżki wioślarskie, teraz zasię, gdyśmy powracali, bryły złota sięgały do samych desek pokładu. Tam, gdzieśmy sypiali, oraz pod ścianami okrętu stały tłumoki złotego pyłu, a pod ławami leżały, powiązane na krzyż, sczerniałe kły słoniowe.
„Wszelakoż wolałbym mieć prawe ramię” — ozwał się Hugon obejrzawszy to wszystko.
„Niestety, moja to wina! — odrzekł mu Witta. — Powinienem był wziąć okup i wysadzić was na ląd francuski, gdyście dziesięć miesięcy temu dostali się na mój okręt”.
„Teraz to już za późno o tym mówić” — roześmiał się Hugon.
„Przedsię pomyślcie sobie! — zawołał nagle Witta targając długi włos, co mu w kędziorach spadał na ramiona. — Gdybym was wtedy puścił (a klnę się, żebym nigdy tego nie uczynił, bo miłuję was więcej niżli braci), gdybym was puścił, może byście już byli nędznie ubici przez jakiego marnego Maura w wojnie, którą wiódł książę burgundzki, albo byście skrytobójczą śmierć ponieśli z rąk opryszków, albo zmarlibyście w podłej karczmie, morowym powietrzem ruszeni. Zważcie to wszystko i nie czyńcie mi zbyt wielkiej przygany, cny Hugonie. Patrzaj no! Wszak sobie wezmę tylko połowę zdobycznego złota”.
„Wcale nie czynięć przygany, mój Witto — rzecze Hugon. — Wesoła to była przygoda; a jak nas tu jest trzydziestu pięciu, dokonaliśmy rzeczy takich, na jakie by się nie ważyli inni ludzie. Jeżeli dożyję dnia powrotu do mej Anglii, wystawię sobie z przypadającego na mnie działu zdobyczy wysokie grodzisko ponad Dallingtonem”.