„Ja zasię zakupię bydła, bursztynu i ciepłych, szkarłatnych szatek dla mej żony — odrzekł Witta — i będę władał całą krainą u wnijścia95 fiordu stavangerskiego96. Odtąd już wiele ludzi będzie dobywać miecza w mojej sprawie. Ale wpierw musim powrócić na północ wraz z naszym drogocennym skarbem i modlić się, byśmy po drodze nie napotkali korsarzy”.
Nie było nam do śmiechu, ba, trawiła nas troska. Baliśmy się utracić choćby okruszynę onego złota, dla którego stoczyliśmy tak srogą bitwę z diabłami-borutami.
„A gdzież jest czarownik?” — zapytałem, nie widząc nigdzie żółtego człeka, a uważając, że Witta wpatruje się w mądre żelazo.
„Ano, poszedł do swej ojczyzny — odrzekł Witta. — Zerwał się w ową noc, gdyśmy wydobywali się z owej błotnistej kniei, i oznajmił, iż dostrzega już kraj swój za drzewami. Skoczył w błoto i nie odpowiadał nam na nasze wołania. Przeto w końcu przestaliśmy go nawoływać. Ostawił nam mądre żelazo, na którym mi przecie najwięcej zależy... i baczcie! Ono wciąż jeszcze wskazuje na południe!”
Brał nas zrazu lęk, że mądre żelazo może nas teraz w błąd wprowadzić, odkąd zabrakło żółtego człowieka. Gdyśmy jednak się przekonali, że zamknięty w nim duch służył nam nadal, poczęliśmy z kolei lękać się nazbyt silnych wiatrów, to znów mielizn podwodnych, to ryb, które niefrasobliwie hasały wokoło, to wreszcie ludzi zamieszkujących brzegi, kędy wypadło nam zawijać.
— Dlaczego? — zapytał Dan.
— Przez wzgląd na złoto... to złoto, które do nas należało. Bowiem złoto zmienia ludzi do gruntu. Jeno Thorkild z Borkumu nie odmienił się wcale. Drwił sobie z obaw Witty, a także i z nas, gdyśmy radzili, by zwijać żagle za lada kołysaniem okrętu.
„Lepiej utonąć od razu — mawiał Thorkild z Borkumu — niż być tak cięgiem przywiązanym do stosu żółtego pyłu!”
Był on Thorkild nieposesjonatem, człowiekiem bez ziemi, a kiedyś przebywał w niewoli u jakiegoś króla na wschodzie. Gdyby to od niego zależało, byłby zapewne przekuł złoto na grube obręcze, by nimi opasać wiosła i przód statku.
Wszelakoż Witta, choć tak się troskał o swe złoto, nie wyzbył się pieczy co do Hugona, owszem, czuwał nad nim zapobiegliwie niby niewiasta, podtrzymując go, ilekroć statek nazbyt się kołysał, i przywiązując sznury od jednej burty do drugiej, by Hugon mógł się na nich opierać, gdy przechadzał się po okręcie. Powiadał (a za nim przyświadczali jego kamraci), że gdyby nie Hugon, nigdy by mu się nie udało zdobyć złota. Pomnę, że Witta sporządził z onego złota małe, cienkie kółko, by nasz ptak mógł na nim się bujać.