— A czy dzieci dobrze się sprawowały przez ten czas? — zapytała Una.

— Młodzi byli synaczkowie moi — mówił pan Ryszard sam do siebie. — Ziemia i władza słusznie należą się młodym. Ból sprawilibyśmy im srogi, gdybyśmy znowu objęli pieczę nad naszymi włośćmi. Witali nas z duszy-serca, wszelakoż i ja, i Hugon widzieliśmy, że czas naszej władzy już się skończył. Jam był chromy, a Hugo bez ręki. O nie! Jużeśmy nie byli do niczego zdatni!

Tu pan Ryszard pokiwał smutnie głową, po czym rzekł głośniej:

— I dlatego... i dlatego... powróciliśmy niebawem do Pevenseyu.

— O, jakże mi przykro! — szepnęła Una, zdawało się jej bowiem, że rycerz ma minę bardzo smutną.

— Ależ, mała dzieweczko, to wszystko zdarzyło się już dawno, dawno, wiele lat temu. Oni byli młodzi, my zasię starzy, przeto słuszne było, byśmy im powierzyli pieczę nad naszymi dworami. „Aha! — zawołał De Aquila przez strzelnicę, widząc nas zsiadających z koni. — Znów do nory wracacie, stare lisy?” Ale gdyśmy się znaleźli w jego komnacie ponad wielką świetlicą, on wziął nas w objęcia i powiada: „A witajcież mi, duszyczki! Biedne, pokutujące duszyczki!”... Bo tak to wypadło, żeśmy teraz byli bogaci ponad wszelką miarę, a przy tym opuszczeni przez wszystkich... Tak jest!... Samotni!...

— A cóżeście tam robili? — spytał Dan.

— Czatowaliśmy na Roberta z Normandii — odrzekł stary rycerz. — De Aquila podobien102 był do Witty. Tak samo nie znosił bezczynności. Jeżeli pogoda dopisywała, jeździliśmy sobie pomiędzy Bexlei a Cuckmere, to z psem, to z sokołem (zarówno na Żuławach, jak na Wzgórkach jest wielka obfitość okazałych zajęcy), zawżdy jednak poglądając uważnie ku morzu, czy stamtąd nie nadpływają korabie normandzkie. W dżdżyste dni De Aquila przechadzał się po przyczółku wieżycy i zżymając się na słotę, poglądał to tu, to tam, raz po raz coś nam wskazując. Ustawicznie dręczyła go myśl, jakim to sposobem statek Witty mógł tu podjechać, a następnie odpłynąć niepostrzeżenie, bez jego wiedzy. Gdy zasię wiatr ustawał i okręty zarzucały kotwicę, on podążał do brzegu przystani i gmerząc mieczem w stosie cuchnącej ryby zagadywał marynarzy o nowości z Francji. Jednocześnie zasię poglądał bacznie w stronę lądu, czekając wieści o wojnie Henryka z baronami.

Wielu ludzi przynosiło mu te wieści: kuglarze, arfiarze103, wędrujący kramarze, markietani104, księża i jeszcze inni ludkowie, a chociaż umiał kiedy indziej trzymać język za zębami, to jednak teraz, gdy mu się te wieści nie podobały, nie zważał ani na ludzi, ani na miejsce, jeno klął głośno naszego króla Henryka, przezywając go głupcem lub niemowlęciem. Sam słyszałem, jako głośno krzyczał pośród czółen rybackich: „Gdybym był królem angielskim, postąpiłbym tak lub tak...”

A gdym jechał zobaczyć, czy założono łuczywa do wici105 i czy nie zmokły, on często na mnie wołał ze strzelnicy: „Idź no, przypilnuj wici, Ryszardzie, i nie bierz sobie przykładu z naszego ślepego króla, ale obejrzyj wszystko na własne oczy i obmacaj własnoręcznie!” Mniemam, iż jemu nie był znany lęk żaden ni trwoga... Takeśmy sobie mieszkali w Pevenseyu, w małej komorze nad świetlicą.