„Amen! — dopowiedział Hugo. — Ale jak sądzisz, czy wojna zawita i w nasze strony?”

„Od północy ona tu nie przyjdzie — odrzekł De Aquila. — Atoli100 morze zawżdy101 stoi otworem. Jeżeli baronowie osiągną przewagę, Robert na pewno pośle do Anglii nowe zastępy, a wtedy, jako mi się widzi, wyląduje tutaj, kędy lądował ongi jego rodzic, Wilem Zdobywca. W dobrą godzinę zjechaliście tu ze swym towarem... bo targ będzie nie lada! Pół Anglii stoi w płomieniu, a tu u stóp naszych (to mówiąc grzmotnął obcasem o bryły kruszcu pod stołem) leży tyle złota, że można by nim poruszyć do walki wszystkich ludzi orężnych w całym chrześcijaństwie”.

„A cóż z nim poczniem? — spytał Hugon. — Nie mam ci ja w Dallington takowej wieży obronnej, gdzie bym mógł to przechować. Jeżeli zaś je zakopiem, komuż tedy ufać będziemy mogli?”

„Mnie — odparł De Aquila. — Mury Pevenseyu są silne! Prócz Jaśka, który wierny mi jest jak pies, nikt nie wie, co się w nich kryje”. To rzekłszy odsunął zasłonę przy strzelnicy i ukazał nam loch głębokiej studni, wyżłobiony w grubej ścianie.

„Kazałem ją wykuć, by mieć wodę do picia — wyjaśnił — ale znaleźliśmy tu jeno słoną wodę, która podnosi się lub opada w miarę przypływu i odpływu morza. Posłuchajcie no! — Nadstawiliśmy ucha i posłyszeliśmy szelest i pluskanie wody w głębi. — Cóż? — rzecze De Aquila — dobry będzie schowek?

„Ha, trudno! Jeżeli nie ma innego... — rzecze Hugon. — W twych rękach jest przecie nasze życie...”

Spuściliśmy przeto na dno studni cały skarb nasz z wyjątkiem małej skrzynki ze złotem, którą De Aquila ukrył pod tapczanem, zarówno dlatego, by służyła naszym potrzebom, jak i dlatego, że waga i jasna barwa onego kruszcu wielką napawała go radością.

Rankiem, nimeśmy odjechali do naszych dworów, rzekł De Aquila: „Nie żegnam was, bo wiem, że wrócicie i tu zostaniecie... nie z miłości ani tęsknoty, lecz ażeby pilnować złota. Miejcie się na ostrożności — dodał z uśmiechem — bom ja gotów z niego skorzystać, by stać się zwierzchnikiem całego chrześcijaństwa. Nie ufajcie mi, ale wracajcie rychło!”

Zamilknął na chwilę pan Ryszard i uśmiechnął się smutno.

— W siedem dni później powróciliśmy z naszych dworów... z dworów, które drzewiej do nas należały...