— Wszak i ty znasz prawdziwe miano owego niegodziwca — odpowiedział — ale jam wolał przezwać go Fulkonem, bom mu przyrzekł, iż nigdy w taki sposób nie opowiem jego niecnych postępków, by kto miał zgadnąć rzecz istą108. Przeto zmieniłem co do jednego wszystkie imiona w mej opowieści. Być może, że prawnuki tego człowieka żyją jeszcze.

— Prawda, prawda! — rzekł Puk śmiejąc się łagodnie. — Iście to po rycersku dotrzymywać słowa... nawet po tysiącu lat...

Pan Ryszard pochylił się z lekka i ciągnął dalej:

— „Złote podkowy na czarnej tarczy? — rzecze De Aquila. — Jam słyszał, że Fulko zawarł sojusz z baronami, ale jeżeli to prawda, tedy nasz król musi być górą. Ale tak czy owak, wszyscy Fulkonowie to zdrajcy. Wszelakoż, ja bym tego człeka nigdy stąd nie odprawił na czczo”.

„On i tak się pożywił przy stole skrybenta Gilberta — odrzekł Jaśko. — Clericus Gilbert przyniósł mu wina i mięsa z kuchni”.

Ów Gilbert był to kleryk z opactwa Battle, który prowadził rachunki dworu pevenseyskiego. Był wysoki, blady, a nosił długi, nowotny różaniec do liczenia pacierzy, czyli wianek wielkich, brunatnych orzechów czy też nasion, wiszący u pasa wraz z piórnikiem i kałamarzem, które chrzęściły za każdym jego krokiem. Miał on Gilbert siedzibę koło wielkiego komina. Tam stał jego stół, na którym spisywał swe rachunki, tam też sypiał nocą. Czuł iście babski lęk przed psami, co wpadały nieraz do świetlicy po kość jaką lub wygrzewały się w ciepłym popiele; a bronił się od nich różańcem. Gdy De Aquila siedział w świetlicy, wymierzając sprawiedliwość, odbierając daniny i nadając ziemie, Gilbert wszystkie jego wyroki zapisywał w aktach dworskich; nie jego jednak rzeczą było dawać strawę naszym gościom lub pozwalać im wyjeżdżać bez wiedzy naszego pana.

Rzecze tedy De Aquila, gdy już Jaśko zszedł ze schodów: „Hugonie, aza kiedy zwierzyłeś się memu Gilbertowi, że umiesz czytać łacińskie rękopisy?”

„Nie — odparł Hugon. — Nie jest ci on przyjacielem moim ani psa mojego Odona”. „A więc dobrze! — zawołał De Aquila. — Niechaj on nigdy się nie dowie, że umiesz odróżnić jedną literę od drugiej... A pilnujcie go obaj! — to mówiąc żgnął nas pod żebra pochwą od miecza. — W Afryce, jakom słyszał, są jakoweś diabły, ale klnę się na Wszystkich Świętych, iż gorsze diabły są w Pevenseyu!” I odtąd już nie rzekł ani słowa.

Zdarzyło się niebawem, że jeden z normandzkich wojaków chciał poślubić dziewkę dworską, rodem Saksonkę, a Gilbert (któregośmy nie spuszczali z oka od czasu rozmowy z De Aquilą) wyrażał powątpiewanie, czy ona pochodzi z rodu wolnego, czy z chłopów. Ponieważ De Aquila obiecał dać nowożeńcom łan dobrej roli, gdyby panna młoda okazała sie córą wolnego rodu, przeto cała sprawa oparła się o sąd, który toczył się przed obliczem De Aquili w wielkiej świetlicy. Pierwszy przemawiał ojciec dziewczyny, potem jej matka, a potem wszyscy naraz. Wszczął się taki hałas, iż w całej świetlicy zahuczało jak w ulu, a psy poczęły naszczekiwać. De Aquila podniósł w górę ręce. „Napisz jej, że jest wolna! — zawołał na Gilberta, siedzącego przy kominie. — Na miłość Boską, napisz jej, że jest wolna, bo inaczej ogłuchnę od tych krzyków! Tak, tak! — zwrócił się do dziewczyny, która padła przed nim na kolana. — Bądź sobie nawet siostrą Cerdyka i rodzoną siostrzenicą księżny mercyjskiej, tylko ucisz się już na koniec! Za lat pięćdziesiąt nie będzie tu ani Normandów, ani Sasów, jeno sami Anglicy, a dzieło to nam ułatwią tacy ludzie jak ci oto! Poklepał po ramieniu owego wojaka (był to synowiec Jaśka), ucałował pannę młodą i jął szurać nogami po sitowiu, na znak, że sądy już skończone (albowiem w świetlicy zimno było okrutnie). Stanąłem przy jego boku. Hugo zasię podszedł do komina i poza plecami Gilberta udawał, iż zabawia się z mądrym, choć zażartym psem Odonem. W pewnej chwili dał jakiś znak De Aquili, ten zaś przywołał Gilberta i polecił mu, by wyszedł odmierzyć pole dla nowożeńców. Wybiegł więc Gilbert skwapliwie z obojgiem młodych, chrzęszcząc paciorkami wiszącymi u pasa; a gdy już izba opustoszała, my we trzech zasiedliśmy koło komina.

Rzekł tedy Hugon schylając się nad kamieniami paleniska: „Widziałem, jako ten kamień poruszył się pod stopą Gilberta, gdy mu ją Odo obwąchiwał. A potrzyjcie, co się tam ukryta!” De Aquila rozgrzebał mieczem popiół, a podważywszy kamień, znalazł pod nim zwój pergaminu opatrzony następującym nagłówkiem: „Słowa, jakie mówił nasz dziedzic, Pan na Pevenseyu, przeciwko Królowi. Część wtóra”. Hugo przeczytał nam szeptem całe owo pismo. Były tam wymienione wszystkie żarty i drwiny, jakie w naszej przytomności czynił był De Aquila względem osoby królewskiej, czy to gdy wołał na mnie ze swej strzelnicy, czy to gdy powiadał, co by zdziałał, gdyby był królem angielskim. Dalibóg, wszystkie te klektania i. przemówki, których po wsze dni nigdy sobie De Aquila nie skąpił, Gilbert zapisywał dzień za dniem, przekręcając i wypaczając ich właściwe znaczenie, wszelakoż czynił to tak zmyślnie, iż ktokolwiek znał De Aquilę, nie mógł zaprzeczyć, iż on bodajże użył słów takich. Rozumiecie, jak to było?