Dan i Una skinęli głowami.
— Tak — z powagą przemówiła Una. — Trzeba uważać przede wszystkim nie na to, co ktoś mówi, ale kiedy to mówi. Na przykład nie stałoby się nic złego, gdybym przez żart nazwała Dana osiołkiem albo cielątkiem. Tylko że starsi nie zawsze rozumieją się na żartach.
— „Więc on to spisywał dzień po dniu, tu przed naszymi oczyma?” — spytał De Aquila.
„Ba! Nawet z godziny na godzinę! — odpowiedział Hugon. — Wszak dopiero co, gdy Aquila w tej tu świetlicy mówił o Sasach i Normandach, widziałem, jako Gilbert zapisywał na pergaminie, leżącym koło rejestru dworskiego, że De Aquila zapowiedział, iż niebawem w Anglii nie będzie Normandów, o ile jego wojownicy będą sprawiali się należycie”.
„Na relikwie Wszystkich Świętych! — zawołał De Aquila. — Jakąż ostoję ma cześć ludzka i miecz wobec pióra? A gdzież to Gilbert schował wspomnianą przez siebie pisaninę? Będzie musiał, łotr, zjeść to paskudztwo!”
„Ukrył ją na piersiach, wybiegając z izby — odpowiedział Hugon. — To właśnie mnie skłoniło, bym poszukał, gdzie to on przechowuje gotowe już rękopisy. Widziałem był, jako mu się twarz mieniła, gdy Odo począł skrobać ten tu kamień. Odtąd jużem był upewnion o wszystkim”.
„Śmiały to człek! — rzecze De Aquila. — Trzeba przyznać sprawiedliwie, że mój Gilbert to człek śmiały”.
„Aż nazbyt śmiały — odrzekł Hugon. — Posłuchajcie no, co on tu pisze dalej! — I jął czytać: — »W dzień świętej Agaty nasz pan, dziedzic na Pevenseyu, spoczywając w górnej swej izbie, a odziany w kożuch podbity królikami...«”
„A bodajże go! Czy on jest u mnie garderobianą albo klucznicą?” — zawołał De Aquila. Zaśmiałem się i ja, i Hugon, po czym czytaliśmy dalej: „»...podbity królikami, pojrzał na mgłę ścielącą się na żuławach, a obudziwszy słaniającego się mości Ryszarda Dalyngridge, który mu był towarzyszem przy szklenicy wina (tu oni obaj poczęli śmiać się ze mnie), rzekł: Wyjrzyj no przez okno, stary lisie, bo mi się widzi, że Pan Bóg sprzyja książęciu Normandii«”.
„Wierę109, takom powiedział — rzecze De Aquila. — Mgła była gęsta i ciemna jak smoła. Robert mógłby wylądować choćby z dziesięcioma tysiącami ludzi, a my byśmy o niczym nie wiedzieli. A czy ten gryzipiórek raczył opowiedzieć, jakośmy przez dzień cały jeździli po mokradłach, jak omal nie postradałem życia na jakiejś mieliźnie i jakom później przez całych dni dziesięć kaszlał niby schorzała owca?”