„Słusznie!” — rzekliśmy na to my obaj.
„No, czekajcie jeszcze, czekajcie! Jeżeli król, na mocy zeznań tego Gilberta, utraci ufność dla mnie, tedy przyśle tu przeciwko mnie hufiec swych ludzi, gdy zasię my będziemy staczać boje, brama Anglii będzie stała otworem dla wroga — nikt jej pilnować nie będzie. I któż to wtedy pierwszy przez nią przejdzie? Nie kto inny, tylko Robert Normandzki. Przeto nie mogę walczyć z mym królem”. To mówiąc jął pieścić miecz swój... jak ja to czynię w tej chwili.
„Mówisz ni to, ni owo, iście jak Normańczyk! — obruszył się Hugon. — A cóż będzie z naszymi dworami?”
„Ja nie myślę o sobie — rzecze De Aquila — ani też o naszym królu, ni o naszych włościach. Myślę o Anglii, o której nie myśli ani król, ani baronowie. Nie jestem Normańczykiem, mości Ryszardzie, ani Sasem, mości Hugonie. Jestem Anglikiem!”
„Czyś Normandem, Sasem czy Anglikiem — odrzekł Hugon — nasze życie należy do ciebie w każdym hazardzie. Kiedyż powiesimy Gilberta?”
„Nigdy — rzecze De Aquila. — Kto wie, może mu jeszcze się uda zostać zakrystianem w Battle, bo przyznać trzeba, że piórem włada zręcznie. Zmarli ludzie bywają niemymi świadkami. Bądźcież cierpliwi”.
„A tymczasem król odda Pevensey Fulkonowi... a nasze dwory też przejdą w jego ręce! — powiadam mu na to. — Czy mamy oznajmić o tym naszym dzieciom?”
„O nie! Król nie poruszy gniazda szerszeni na południu, póki nie wykurzy pszczół na północy. Może uważa mnie za zdrajcę... ale przynajmniej obaczy, iż nie podnoszę oręża przeciwko niemu, a każdy dzień, póki siedzę cicho, jest dlań zyskiem w walce z baronami. Gdyby był człowiekiem mądrym, toby czekał końca wojny i nie robił sobie nowych wrogów. Ale mnie się widzi, że Fulko wpłynie na niego, by wezwał mnie do siebie, a — jeżeli nie posłucham wezwania, będzie to w mniemaniu Henryka dowodem mej zdrady. Atoli czcza gadanina, jaka mieści się w zeznaniach Gilbertowych, nie jest dzisiaj żadnym dowodem. My, baronowie, idziemy za Kościołem i jako Anzelm nie boimy się mówić, co nam się podoba. Powróćmyż tedy do naszych zajęć codziennych i nie mówmy Gilbertowi ani słowa”.
„Więc mamy pozostać bezczynni?” — zapytał Hugon.
„Musimy czekać — odrzekł De Aquila. — Stary już jestem, atoli tak ciężkiej sprawy nie miałem jeszcze nigdy w życiu”.