— Juści! — odpowiedział pan Ryszard uśmiechając się słodko. — Ja przydeptałem mu miecz i odpiąłem pochwę. On przez chwilę nie wiedział, czy jest dzień, czy noc na świecie, leżał na ziemi łypiąc oczyma i bełkocąc nieprzytomnie, póki go Jaśko nie związał jako barana. A był Fulkon obleczon w ową nowego kroju zbroję, którąśmy zwali zbroją jaszczurczą. Nie była z łańcuszków jak mój kirys (tu pan Ryszard wskazał na pierś własną), ale z małych łusek niepożytej stali, nałożonych na gzło z twardej skóry. Zdjęliśmy zeń to okrycie, nie chcąc, by tak porządna zbroja miała zardzewieć od wilgoci, i oto w woreczku na szyi De Aquila znalazł ten sam zwitek pergaminu, któryśmy włożyli pod kamień koło pieca.

Ujrzawszy to, Gilbert miał ochotę czmychnąć. Położyłem mu rękę na ramieniu. To wystarczyło. Upadł na ziemię, drżąc i odmawiając pacierze.

„Gilbercie — ozwał się De Aquila. — Jeszcze ostało wiele pamiętnych słów i czynów »naszego pana, dziedzica na Pevenseyu«, których dotąd nie zapisało twoje pióro. Weź no inkaust i piórnik, Gilbercie, i pisz dalej. Nie wszyscy możemy być zakrystianami w Battle”.

W oną to chwilę rzekł Fulkon, leżący na ziemi: „Związaliście posłańca królewskiego. Pevensey pójdzie z dymem za to przestępstwo”.

„Być może — odparł De Aquila. — Jużem raz widział jego oblężenie. Ale nie trać otuchy, Fulkonie. Przyrzekam ci, że pod koniec owego oblężenia będziesz obwieszon śród płomieni, przedtem zaś dzielić się z tobą będę ostatnim bochenkiem chleba. Nie uczyniłby tego nawet Odo, któregośmy wraz z Mortainem zamorzyli głodem”.

Wówczas Fulko usiadł na ziemi i jął długo a przenikliwie przyglądać się De Aquili.

„Na Wszystkich Świętych! — zawołał. — Czemużeś mi nie powiedział od razu, że jesteś stronnikiem książęcia?”

„Zali nim jestem?” — żachnął się De Aquila.

Fulkon roześmiał się i rzekł: „Żaden z tych, co służą królowi Henrykowi, nie poważyłby się postąpić tak z jego posłem. A kiedy przeszedłeś na stronę książęcia? Pozwól mi wstać, tedy będziemy mogli snadnie dojść do porozumienia”. To mówiąc uśmiechał się, kiwał głową i dawał ręką znaki przyjazne.

„Tak! Dojdziemy jeszcze do porozumienia” — odburknął De Aquila, po czym skinął na mnie. Z pomocą Jaśka podniosłem Fulkona z ziemi (a był to człek wielkiej tuszy i wagi) i założywszy mu pętle pod pachy, spuściłem go w oną studnię, tak iż nie tykał stopami naszego złota, ale dyndał nieco powyżej. Był właśnie przypływ, przeto woda dochodziła mu do samych kolan. Fulkon nie ozwał się już ani słowem, ale trząsł się z lekka.