„Idźże stąd! Nie masz tu nijakiej zdrady!” — ofuknął go Fulkon. Chłopak, jeszcze niezupełnie ze snu ocknięty, ruszył z powrotem, a Jaśko powiódł go za rękę do świetlicy.
„To twój syn jedynak! — zawołał De Aquila. — Przecz110 przywiodłeś tu tego dzieciaka?”
„To mój dziedzic i spadkobierca, przeto nie chciałem go poddawać pod opiekę memu bratu” — odrzekł Fulkon i znowu zawstydził się wielce. De Aquila nic nie rzekł, jeno siedział w zadumie, piastując oburącz czarę wina... o tak, jak wam teraz pokazuję. Naraz Fulkon dotknął się jego kolana i rzekł:
„Pozwól chłopakowi uciec do Normandii, a ze mną uczyń, jako ci się podoba. Doprawdy, powieś mnie choćby jutro uwiązawszy mi na szyi mój list do Roberta, ale chłopca puść wolno”.
„Ucisz się! — upomniał go De Aquila. — Ja teraz rozmyślam o losie Anglii”.
Przetośmy czekali, co nam rozkaże nasz pan na Pevenseyu. Z Fulkonowego czoła pot się lał rzęsisty.
W końcu przemówił De Aquila: „Za stary już jestem, bym miał byle kogo osądzać albo ufać byle komu. Nie pożądam twoich posiadłości, jako ty pożądałeś moich; a czyś jest lepszy, czy gorszy od pierwszego lepszego andegaweńskiego łupieżcy, to już niech twój król rozezna. A zatem wracaj do swego króla, Fulkonie”.
„A ty nie rozgłosisz tego, co się tu zdarzyło?” — zapytał Fulkon.
„A po co? Dość będzie, że twój syn zostanie u mnie... Jeżeli król jeszcze raz mnie wezwie do opuszczenia Pevenseyu, którego muszę strzec przed wrogami Anglii, albo jeżeli pośle przeciwko mnie zbrojny oddział, jako przeciw zdrajcy, albo jeżeli posłyszę, że król w swym legowisku źle myśli o mnie czy też o moich dwu rycerzach, tedy syn twój, Fulkonie, będzie obwieszon na framudze tego oto okna”.
— Ależ syn jego nie był wcale wmieszany w tę sprawę! — krzyknęła Una w przerażeniu.