„Przetom dokazał tego, czego by uczynić nie zdołał ani król, ani książę — rzekł De Aquila. — Ale zacznij już opowieść, a nie pomijaj niczego”.

„Odpraw stąd twego człowieka” — jęknął Fulkon.

„Spełnienie tej prośby jest w mej mocy — odrzekł De Aquila. — Ale pamiętaj, że jestem jako król duński: nie potrafię cofnąć przypływu”.

„Jak długo będzie woda przybierała?” — spytał Fulkon i szarpiąc swe pęta, począł pluskać się znowu.

„Przez trzy godziny — odrzekł De Aquila. — Masz tedy dość czasu, by opowiedzieć wszystkie twe cne postępki. Zaczynaj więc, a ty, Gilbercie (słyszałem, że jesteś trochę nieuważny), nie przekręcaj właściwego znaczenia rzeczonych słów”.

Przeto Fulko, śmiertelnie przerażony otaczającą go ciemnością, zaczął opowiadać, a Gilbert, nie wiedząc, co go spotkać może, spisywał słowo po słowie całą opowieść. Słyszałem ci ja w mym życiu wiele opowiadań, ale nigdy mi się nie zdarzyło słyszeć czegoś, co by się mierzyć mogło z opowieścią Fulkona o jego czarnym życiu, wypowiadaną głuchym, grobowym głosem z głębi lochu, w którym on wisiał.

— Taka była straszna? — zapytał Dan.

— Straszliwa, wprost niewiarygodnie straszliwa! — odpowiedział pan Ryszard. — Mimo to było w niej coś takiego, co nawet Gilberta zmuszało do śmiechu. Śmialiśmy się we trzech tak serdecznie, aż nas wątpia bolały. W pewnym momencie począł tak szczękać zębami, iż nam już przykro było słuchać, przeto podaliśmy mu kubek wina na rozgrzewkę. Rozgrzawszy się, jął gładko już i potulnie opowiadać wszystkie swoje fortele, złośliwości i zdrady, swoje zuchwalstwa (a umiał ci on być odważny do zapamiętałości), swoje fałszerstwa, wybiegi i ucieczki (potrafił też być nędznym tchórzem); zwierzał się ze swego bezwstydu i nikczemności, ze swej rozpaczy stąd płynącej, z przedsiębranych środków ratunku i ze swej obłudy. Rozwijał przed nami brudne łachmany swego żywota z taką dumą, jakoby niósł szumny jaki proporzec. Gdy umilkł, obaczyliśmy przy blasku pochodni, że woda dosięgła mu już do samych ust, tak iż z trudnością łapał dech nosem.

Wyciągnęliśmy go przeto i otarłszy ręcznikiem, owinęliśmy w opończę, poczęstowali winem, a gdy pił, pochyliliśmy się nad nim i przyglądaliśmy mu się bacznie. Trząsł się, ale twarz miał bezwstydną.

Nagle posłyszeliśmy, jako Jaśko, co strzegł schodów, ruszył się gwałtownie, snadź ze snu zbudzony, atoli w tejże chwili jakiś chłopak przebiegł pędem koło niego i stanął przed nami, zaspany, z włosem rozwichrzonym, w którym tkwiło pełno źdźbeł sitowia. „Tato, ach tato! Śniła mi się zdrada!” — zawołał żałośnie i począł coś bełkotać niezrozumiałym głosem.