„Co znowu? — wrzasnął Fulkon wiszący w głębi lochu. — Utopcie mnie od razu, ale nie drwijcie ze mnie!”
„Kto tu drwi? Czyżbym ja? — zapytał De Aquila. — Nie robię nic innego, jeno walczę o życie i mienie piórem, wedle twego przykładu, Fulkonie”.
Wówczas Fulkon jęknął, bo już był uziąbł okrutnie, i zawołał: „Pozwólcie mi, bym wyznał wszystko!”
„Wierę, tak się właśnie postępuje po sąsiedzku! — rzecze De Aquila opierając się o krawędź lochu. — Przeczytałeś opowieść o moich słowach i postępkach... przynajmniej ich część pierwszą... przeto powinieneś mi się odwzajemnić zeznaniem twoich czynów i postępków. Bierz pióro i kałamarz, Gilbercie. Czeka cię robota, którać się z pewnością nie znudzi”.
„Pozwólcie moim ludziom odejść bez szwanku, a wyznam całą mą zdradę wobec króla” — skarżył się Fulkon.
„No, no! Cóż to on naraz stał się tak czuły dla swych ludzi?” — ozwał się do mnie Hugon, albowiem Fulkon jako żywo nigdy nie słynął z tego, by miał być panem łaskawym dla swych podwładnych. Pozwalał im na rabunki, ale nie darzył ich nigdy litością.
„Patrzcie no, patrzcie! — zawołał De Aquila. — Twoja zdrada już dawno wyszła na jaw dzięki Gilbertowi. Starczyłoby to, by powiesić choćby samego lorda Montgomerry”.
„Prawdać to... ale oszczędź moich ludzi!” — rzecze Fulko żałośliwie. Posłyszeliśmy, jako się pluskał niby ryba w wodzie, bo przypływ wciąż się zwiększał.
„Na wszystko czas przyjdzie! — odparł De Aquila. — Noc długa, a wino stare, niczego więc sobie więcej nie życzym, okrom wesołej opowieści. Zacznij więc opowiadać dzieje swego żywota, jeszcze od młodych lat, które ci zbiegły w Tours. Opowiadaj żwawo!”
„Zawstydzacie mnie do głębi duszy” — odrzekł Fulkon.